Plagiaty są czy ich nie ma?

Temat jak gdyby śmierdzący, niechętnie więc poruszany. A chyba warto, przynajmniej od czasu do czasu, podyskutować nad rzetelnością wszystkich, którzy chcą zdobyć lub utrzymać status pracownika/studenta/absolwenta uczelni. Przed pół rokiem zamieściłem tekst o domniemanym wówczas plagiacie pracy magisterskiej (Złodziej czy magister, CW 1999/03/22). W tym czasie sąd ostatecznie rozstrzygnął, że to plagiat. Mam nadzieję, że po tym wyroku zmienimy swój stosunek do własności intelektualnej. Dyskutowaliśmy nad tym pryncypialnie przed wprowadzeniem prawa o ochronie własności intelektualnej.

Temat jak gdyby śmierdzący, niechętnie więc poruszany. A chyba warto, przynajmniej od czasu do czasu, podyskutować nad rzetelnością wszystkich, którzy chcą zdobyć lub utrzymać status pracownika/studenta/absolwenta uczelni. Przed pół rokiem zamieściłem tekst o domniemanym wówczas plagiacie pracy magisterskiej (Złodziej czy magister, CW 1999/03/22). W tym czasie sąd ostatecznie rozstrzygnął, że to plagiat. Mam nadzieję, że po tym wyroku zmienimy swój stosunek do własności intelektualnej. Dyskutowaliśmy nad tym pryncypialnie przed wprowadzeniem prawa o ochronie własności intelektualnej.

Co stało się szczególnego, że do tematu wracam? Trzy z pozoru drobne zdarzenia. Pod koniec semestru zapytałem studentów, jak im idzie pisanie prac magisterskich. Pierwsza odpowiedź była nieco zaskakująca: "Nie piszę, skanuję". Co? Skanuję. Po tym nastąpiły szczegóły i uzasadnienie. Wszystko już napisano, a i tak nikt tego nie czyta. Ktoś zauważył, że skanowanie jest już anachroniczne technologicznie i zbyt pracochłonne - trzeba korzystać z Internetu. Kolejny dyskutant zwrócił uwagę, że zasoby w Internecie są głównie w języku angielskim i trzeba dużo tłumaczyć. Ktoś dorzucił, że w końcu można przy okazji czegoś się nauczyć. Nie mam do tych ludzi pretensji o nic więcej niż korzystanie ze stworzonych okazji i robienie byle czego. Nie wszyscy tak postępują, ale przeraża niemal powszechne przyzwolenie na plagiat. Niektórzy mają to za dowód zaradności. Najgorsze jednak jest przekonanie o niewykrywalności i bezkarności tej formy kradzieży. Opinia o niezdolności instytucji edukacyjnych do zapewnienia jakości i rzetelności jest dla tych instytucji druzgocącą krytyką.

A studenci nie są byle jacy. Oni tylko dostosowują się do stawianych wymagań. A te są czasem baaardzo niskie, gdyż z jednej strony nie ma czasu, a z drugiej najważniejsza jest ilość. I tu dochodzimy do drugiego wydarzenia opisanego przez Neda Koska w lipcowym wydaniu CACM. Autor stał się ofiarą kradzieży (plagiatu) i opisał cały przypadek. Dowiedział się od znajomego recenzenta, że praca zlecona do oceny bardzo przypomina zawartość jego (Neda) wcześniejszej pracy. Pismo w końcu pracę odrzuciło z innej niż plagiat przyczyny. Autor nie ustawał. Po pewnym czasie dotarł do tekstu, a wynik porównania z własnym tekstem opublikowanym kilka miesięcy wcześniej był bezsporny. Autor oryginału zasięgnął opinii kolegów. Jedni radzili zapomnieć o sprawie i czekać, aż człowiek wpadnie przy innej okazji. Inni radzili wytoczyć sprawę sądową plagiatorowi.

Ned po starannym zbadaniu sprawy nawiązał kontakt z plagiatorem. Za pośrednictwem e-maila przedstawił się i sprawę. Odpowiedź była osłupiająca. Plagiator przyznał się, przeprosił za swą pomyłkę (!?), obiecał, że więcej nie będzie, że pochodzi z biednej rodziny i że ciężko pracował na swoją pozycję. W końcu poprosił, by autor oryginału nie podejmował dalszych działań, za co on i jego rodzina będą mu wdzięczni. Opis kontaktów z plagiatorem jest irytujący i nie wnosi nic nowego, tłumaczącego ten paskudny postępek. Warto przytoczyć zagrożenie, z jakim wiąże się plagiat. W USA sąd może zasądzić odszkodowanie dla autora w wysokości do 100 000 USD. Czy to odstraszy takich, którzy w kilka godzin chcą wypełnić limit publikacji miast męczyć się miesiącami?

Trzeci przypadek, który sprowokował mnie do napisania tego felietonu, to postępek francuskiej wysokiej urzędniczki rządowej. Sięgnęła po publikację naukową, przepisała ją i ogłosiła jako swoje studium, za co wzięła franków francuskich 200 000. Dziennikarze to odkryli i ogłosili. Kariera p. minister zbliża się ku końcowi.


TOP 200