Piszmy listy

Niezmiernie się raduję, że - w opinii wielu Czytelników - list nie umarł! Świadczą o tym chociażby te drukowane listy obok (po cichu dodam, aby nie urazić wyrazicieli opinii, że list jednak żyje, iż w przewadze były głosy, że jednak list pogrzebaliśmy). Dla jasności przypomnę, że ubolewałem nad tym, że pochowaliśmy list pisany na papierze, wkładany do koperty, opatrzonej adresem i znaczkiem. Zostaliśmy za to zmuszeni do pisania listów elektronicznych, jak je nazywam.

Niezmiernie się raduję, że - w opinii wielu Czytelników - list nie umarł! Świadczą o tym chociażby te drukowane listy obok (po cichu dodam, aby nie urazić wyrazicieli opinii, że list jednak żyje, iż w przewadze były głosy, że jednak list pogrzebaliśmy). Dla jasności przypomnę, że ubolewałem nad tym, że pochowaliśmy list pisany na papierze, wkładany do koperty, opatrzonej adresem i znaczkiem. Zostaliśmy za to zmuszeni do pisania listów elektronicznych, jak je nazywam.

Ten odłam epistolografii rzeczywiście rozwija się w najlepsze. I wcale nie oznacza to - jak próbuje mnie wrobić inny Czytelnik w taki punkt widzenia - żadnego końca świata. Powiem więcej, wbrew temu, że od pewnego czasu dostaję listy (elektroniczne), w których Czytelnicy zarzucają mi pesymizm, w rzeczywistości jestem może nie skrajnym, ale niepoprawnym optymistą. Cieszę się jednak z takich opinii, ponieważ wynika z nich, że udało mi się spolaryzować Czytelników: na tych, którzy są przeciwni mojemu spojrzeniu w całości, i na tych, którzy w całości mnie popierają. Najgorsza sytuacja jest wtedy, gdy wszyscy są ustosunkowani nijak.

Chwilowym pesymistą najprawdopodobniej zostałem na skutek tego, że wszystkie strony w naszej gazecie emanują optymizmem. Będzie lepiej, szybciej, doskonalej, wygodniej, przyjemniej, słonecznie i bez opadów, a wszystko za niemałym udziałem - ogólnie rzecz nazywając - komputerów. Dlatego być może chętnie zauważam zjawiska odmienne od niedawno nam towarzyszących, zjawiska wcale nie sytuujące nas w lepszej sytuacji, ale - co bardzo ważne - wcale nie czyniące z nas ludzi gorszych. To moje spojrzenie włączone zostało w ogólny i bardzo modny dziś kanon jednego wielkiego narzekania i biadolenia o opanowującym nas kryzysie. Dziś nie uchodzi przecież w poważnym towarzystwie rozprawiać o współczesności inaczej, jak w tonacji lamentu. Człowiek mądry i przenikliwy musi dziś porządnie ponarzekać. Sęk w tym, że te nasze dysputy o głębokim kryzysie cywilizacji w najmniejszym stopniu nie dotykają spraw rzeczywiście ciekawych i ważnych, a mianowicie nie starają się odpowiedzieć na pytania, czym właściwie są cywilizacyjne kryzysy, na czym polegają i co z nich wynika.

Tymczasem nie mam nic wspólnego z kryzysologią, której bliskie są zapowiedzi końca świata. O ile wiem, wszystkie czasy - wedle opinii im współczesnych - naznaczone były kryzysem. Dlatego zaczyna mnie zastanawiać, jak to się stało, że opanowana od wieków przez kryzys cywilizacja jeszcze nie zbutwiała i z hukiem się nie zawaliła.

A tymczasem ludzie podróżują, spacerują, przesiadują w restauracjach, piją, tańczą, kochają się, coraz więcej pracują, kupują komputery i jakoś nie przejmują się tym, że w tym naszym nowym świecie coraz mniej miejsca jest dla duszy. Jest to jednak stara prawidłowość, głoszona chociażby przez Rousseau. Według niego, ludzie z natury byli szczęśliwi, ale nie mieli o tym bladego pojęcia, dlatego nie mogli cieszyć się swym szczęściem. Nie wiedząc, że byli szczęśliwi, udawali się w drogę, na spotkanie nieszczęścia. Są oczywiście i postawy przeciwne. Buntownicy na przykład, którzy walczyć chcą z rozkładem cywilizacji, jednak zauważyłem, że nie zapominają udając się w drogę o nie dających im rzekomo szczęścia kilku urządzeniach naszej cywilizacji. Nie mniej ogromna większość wygrzewa się w coraz wygodniejszych fotelach, mknie w coraz szybszych, klimatyzowanych pojazdach, ogląda dziennik telewizyjny i rozprawia o ohydzie naszej cywilizacji właśnie w otoczeniu, który przed nastaniem kryzysu byłby nie do pomyślenia.

I jest tak od stuleci. Jabłko zostało zjedzone i do raju nie ma powrotu. Z tą tylko różnicą, że w przeszłości kryzys był stanem budującym, popychającym nas do przodu. We współczesnych pismach historiozoficznych natomiast coraz częściej spotyka się myśl o kryzysie pozbawionym dalszego ciągu, kryzysie nie będącym godziną próby, a porą agonii. Dlatego tak ważne jest nazwanie zjawisk, które powstają na naszych oczach, co nie jest jednoznaczne z obwieszczaniem końca świata czy narodzinami złego człowieka.

Także spokojnie jedzmy kolację, myjmy zęby, czytajmy gazety i w wolnych chwilach weźmy pióro do ręki albo usiądźmy przed klawiaturą i piszmy listy. Koniec świata musi być wprawdzie wydarzeniem efektownym, jednak jego zapowiedzi z reguły się nie sprawdzają.

Zachęcam więc do pisania.


TOP 200