PC o PC

Muszę powtórzyć na łamach CW twierdzenie, którego ani nie wymyśliłem, ani początkowo w ogóle nie rozumiałem. Otóż kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć opinię, że poprawność polityczna (political correctness, czyli PC) zabija myślenie.

Muszę powtórzyć na łamach CW twierdzenie, którego ani nie wymyśliłem, ani początkowo w ogóle nie rozumiałem. Otóż kilka razy zdarzyło mi się usłyszeć opinię, że poprawność polityczna (political correctness, czyli PC) zabija myślenie.

Widać u mnie jakimś cudem nie zabiła, bo zacząłem sobie zadawać pytanie, dlaczego unikanie nazywania rzeczy wprost, czyli jak to się mówi po imieniu, miałoby ocenzurować nasz zdrowy rozsądek? Dobry przykład napatoczył się po raz pierwszy, gdy syn wypełniał komputerową ankietę i zapytał mnie, kim jest. Spojrzałem na niego jak na idiotę, a on zaczął odczytywać możli-wości z ekranu: "Afro-American", "Native-American", "Spanish", "Caucasian"...

Trudno było dziecku wyjaśnić, że jest typem kaukaskim, tym bardziej że jakiś czas wcześniej spot-kaliśmy w sklepie papierniczym młodego człowieka, który zza regału pozdrowił nas najczystszą polszczyzną, a jak okazało się po chwili w języku PC powinien być nazywany "Afro-Polish", jako że urodził się nad Wisłą. Przyznam się, że nie miałem odwagi zapytać go, co wpisuje do ankiet, bo w wielu z nich nie ma opcji "Inny". Ta sama poprawność polityczna zakazuje nazwania "Murzynem" pewnego polskiego obywatela, który dobrze gra w piłkę, choć każdy gołym okiem widzi, że ów wspaniały zawodnik jest Afro-Polakiem bez fryzury afro.

W bliższej nam dziedzinie komputeryzacji kraju poprawność polityczna też wyczynia różne dziwne łamańce. O niektórych z nich pisałem już, choć oczywiście nie nazywałem po imieniu, zresztą pewnie RedNacz by mi nie pozwolił w dobrze pojętym interesie własnym. Albowiem to, że wszyscy coś wiedzą, wcale nie musi oznaczać, że trzeba o tym mówić, szczególnie publicznie. Z tym większą więc przyjemnością przeczytałem niedawno, że wrocławski sąd rejonowy umorzył postępowanie karne przeciwko kierownictwu firmy JTT Computer SA w sprawie o 7 mln zł nie odprowadzonego podatku VAT za komputery wyeksportowane, a następnie sprzedawane szkołom (CW 3/2001). Brawo, drogi sądzie!

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego posłanka Staniszewska, od lat walcząca o tworzenie klas komputerowych w szkołach, szczególnie prowincjonalnych http://www.interklasa.pl/portal/ index/strony, po prostu nie nazwała rzeczy po imieniu i nie wniosła do prezydium Sejmu projektu ustawy zwalniającej szkoły z konieczności płacenia podatku VAT nie tylko za komputery, ale także za papier toaletowy, mydło oraz pastę do podłóg?! Przecież to jest jakieś piramidalne głupstwo, że szkoły, szczególnie państwowe, ale także prywatne, dofinansowane z budżetu państwa, muszą zawracać sobie głowę podatkiem VAT. Oczywiście, w instytucjach tych wytwarza się wartość dodatkową, ale przecież za nasze, tj. wspólne pieniądze.

Należy też powiedzieć wprost, że kierownictwo firmy JTT, kombinując w sprawie ominięcia podatku VAT, po prostu działało w dobrze pojętym interesie własnym oraz firmy, czyli chciało sprzedać więcej komputerów, nie zachowywało się zaś patriotycznie, jak gotowi byliby to nazwać politycznie poprawni obserwatorzy. Firma służy do zarabiania pieniędzy. Wszelkie inne cele są sztuczne. Kiedy dowiaduję się, że jakiś koncern ofiarował darmowe komputery dla akcji Interkl@sa, to zaraz zastanawiam się, kto za to zapłacił, i dochodzę do wniosku, że my wszyscy. Cudów bowiem nie ma: wszystko ma swoją cenę. Dlatego dobroczynność, którą wszyscy tak się chwalą, ma sens tylko wtedy gdy darczyńca wyjmuje z kieszeni własne pieniądze. Czego i Państwu życzę.