Niebezpieczne związki

Wieczory w budynku ośrodka wypoczynkowego były wymarzone. Oddalony od ludzkich skupisk, otoczony górami, pustoszał już w późnych godzinach popołudniowych. Pozostawało kilku kuracjuszy i obsługa, sprawiająca wrażenie stałych mieszkańców, ponieważ pełniąca siedmiodniowe dyżury. Nie sposób było z nimi się nie zaznajomić, choć teren był nie tylko rozległy, ale i ciekawy, i było co robić, a budynek położony na szczycie zmuszał do wytężonego myślenia, szczególnie wieczorem, kiedy to wraz z zapadającym zmrokiem intensywniały odgłosy zamieszkujących rozległe lasy zwierząt. Przesiadywaliśmy więc długie godziny w różnych miejscach i dyskutowaliśmy.

Wieczory w budynku ośrodka wypoczynkowego były wymarzone. Oddalony od ludzkich skupisk, otoczony górami, pustoszał już w późnych godzinach popołudniowych. Pozostawało kilku kuracjuszy i obsługa, sprawiająca wrażenie stałych mieszkańców, ponieważ pełniąca siedmiodniowe dyżury. Nie sposób było z nimi się nie zaznajomić, choć teren był nie tylko rozległy, ale i ciekawy, i było co robić, a budynek położony na szczycie zmuszał do wytężonego myślenia, szczególnie wieczorem, kiedy to wraz z zapadającym zmrokiem intensywniały odgłosy zamieszkujących rozległe lasy zwierząt. Przesiadywaliśmy więc długie godziny w różnych miejscach i dyskutowaliśmy.

Tymczasem wieczorne życie obsługi organizowało się w okolicy recepcji. Schodzili się niemal wszyscy: kelnerzy, ochrona, nawet kucharze, humorystycznie wyglądający w białych fartuchach, pośród myśliwskich trofeów zdobiących ściany. Początkowo nie zwracali mojej uwagi, gdy przemykałem od drzwi wejściowych do schodów prowadzących na piętra, po drodze sięgając po klucz. Ale od razu moją uwagę zwrócił ekran recepcyjnego komputera, jak się później okazało, zawsze aktywny na stronie jednej z tzw. internetowych kawiarenek. Internetowa kawiarnia była obiektem zainteresowania pań recepcjonistek, a one z kolei stanowiły obiekt zainteresowania męskiej części obsługi.

Schodziłem czasami do pokoju ogólnodostępnego, którego drzwi szeroko otwarte na recepcyjny hol pozwalały mi uśmiechać się siedząc w głębokim fotelu, gdy młodzi kawalerowie w mniej czy bardziej niewybredny sposób usiłowali zwrócić uwagę młodych panien z recepcji, a raczej usiłowali odwrócić ich uwagę od internetowego towarzystwa. Problem był jednoznaczny: panny recepcjonistki, na marginesie - miłe i atrakcyjne panny recepcjonistki - nie były zainteresowane zainteresowanymi nimi kawalerami. Żadne popisy inteligencji czy fizycznej sprawności nie wywoływały w nich żadnego wzruszenia. Owszem, uśmiechały się jakby z grzeczności na kolejny opowiedziany przez kelnera dowcip, jednak ich wzrok ani na chwilę nie odrywał się od przesuwających się na ekranie słów.

Z czasem zawiedzione otoczenie recepcji opuszczało recepcję, udając się do miejsc swego nocnego wypoczynku. Wtedy też zaczynały dochodzić do mnie puste dźwięki uderzanej klawiatury. Spotkanie w internetowej kawiarni nabierało głębi. Scenariusz ten powtarzał się każdego dnia, choć naocznie sprawdziłem go dwukrotnie, jednak gdy kiedykolwiek wieczorową porą zawitałem w recepcji, zawsze spotykałem tę samą sytuację.

Po kilku dniach zaznajomiliśmy się bliżej ze świeżo upieczonym absolwentem rolniczej uczelni, a wypełniającym obowiązki instruktora jazdy konnej i opiekuna stadniny zarazem. Synowie przejęli praktycznie proces karmienia koni, za co na innych zasadach mogliśmy dosiadać pięknych klaczy. W rozmowach z nowym znajomym potwierdziły się moje przypuszczenia o problemie odrzucenia przez recepcjonistki starającej się o ich względy męskiej części obsługi. Jako człowiek od urodzenia skory do żartów, zaproponowałem podjęcie próby wykorzystania broni, którą recepcjonistki wykorzystywały do podboju świata. Nietrudno było zauważyć, w którym miejscu wieczorami przesiadują w Internecie. Znajomy instruktor miał teraz za zadanie zlokalizowanie w internetowej kawiarni aktualnie dyżurującej recepcjonistki. Okazało się to nadzwyczaj proste. Panna Kasia, okazała się Kasią. Teraz należało zwrócić na siebie uwagę, co też nie było trudne. Tymczasem druga połowa internetowego stolika, znajdująca się w pokoju prezesa ośrodka (został wprowadzony w tajemnicę eksperymentu, bo dysponował odpowiednim komputerem), była coraz liczniej oblegana. Toczyła się kulturalna konwersacja (obawiałem się, aby w tej bezkarnej zabawie, ktoś nie posunął się za daleko), która doprowadzić miała do spotkania wirtualnego kawalera z realną recepcjonistką.

Niestety, nie doczekałem przyjazdu internetowego przyjaciela recepcjonistki do ośrodka. Miał się pojawić już po naszym wyjeździe, przynajmniej wszystko na to wskazywało. Męska obsługa ośrodka miała w pełnym składzie wcielić się w niego i stawić się w recepcji "pod krawatem" z bukietem kwiatów. Mam nadzieję, że internetowy projekt otwierania oczu skończył się szczęśliwie i trochę żałuję panny Kasi, którą z mojej winy spotkała taka przygoda.


TOP 200