Na rozterki doradca

Zdążyłem tylko zatrzasnąć za sobą drzwi taksówki i powiedzieć, gdzie chciałbym się znaleźć, a kierowca mówi: "Wie pan, wczoraj samiczka znowu zniosła jajeczko". Nie było to o godzinie mogącej usprawiedliwiać informowanie mnie w pierwszych słowach o fakcie, że samiczka zniosła jajeczko, było południe, nie bardzo więc wiedząc, co mam odpowiedzieć, zapytałem: "Duże?" "Nie. Takie jak o ten paznokieć, trochę może większe - pokazując paznokieć kciuka prawej ręki z poważną miną wyjaśniał kierowca. - Nie widział pan nigdy jajeczka papużki?" - zapytał.

Zdążyłem tylko zatrzasnąć za sobą drzwi taksówki i powiedzieć, gdzie chciałbym się znaleźć, a kierowca mówi: "Wie pan, wczoraj samiczka znowu zniosła jajeczko". Nie było to o godzinie mogącej usprawiedliwiać informowanie mnie w pierwszych słowach o fakcie, że samiczka zniosła jajeczko, było południe, nie bardzo więc wiedząc, co mam odpowiedzieć, zapytałem: "Duże?" "Nie. Takie jak o ten paznokieć, trochę może większe - pokazując paznokieć kciuka prawej ręki z poważną miną wyjaśniał kierowca. - Nie widział pan nigdy jajeczka papużki?" - zapytał.

Na tak bezpośrednie pytanie odpowiedzieć mogłem równie bezpośrednio, że nie widziałem, bo nie widziałem. "Widzi pan, ona znosi jedno jajeczko co drugi dzień". "Co dwa dni?" - pytająco potwierdziłem. "Tak, ale tylko w okresie lęgowym" - wyjaśnił. Nie powiem, żeby interesowały mnie papużki, właściwie papużki nie interesują mnie wcale i na dodatek nigdy nawet nie przypuszczałem, że będą mnie kiedykolwiek interesowały, dlatego na skrzyżowaniu Czerniakowskiej i Gagarina podjąłem próbę zmiany tematu i zapytałem o tak zwane byle co: "Jeździ już pan na zimowych oponach?" Na dworze padał śnieg. "Tak. Ale widzi pan, wcześniej mieliśmy z nią kłopot. Za nic nie chciała dopuścić samca - nie dopuszczając mnie do głosu kontynuował kierowca. - Nikt, ani żona, ani córka nie wiedziały, co się dzieje. Strasznie się martwiliśmy. Myślę, pojadę do tego człowieka, co mi je sprzedał, mądrzejszy jest i zapytam". Wjechaliśmy na Trasę Łazienkowską, niestety, zakorkowaną. "Szykuje się niezły wykład" - pomyślałem. Kierowca spokojnie opowiadał. "I wie pan, on mnie pyta, czy mam domek lęgowy. Mówię mu, że nie. A on na to: a widzi pan, ona nie dopuszcza samca, bo nie ma gdzie wysiedzieć jajeczek. Kupiłem domek lęgowy. Wysypałem żwirkiem, ale ona ciągle taka sama, a na dodatek do domku nie wchodzi". Widząc, że przyszło mi zostać ekspertem od papug, zapytałem: "Może otwór w domku jest za mały?". "A skąd! - zmieniając pas ruchu, ożywił się kierowca. - Ze trzy by weszły. Ale pomyślałem po paru dniach, że może ten żwirek za mokry jest i kupiłem trocinki. To samo, wie pan". "Może chora?" - ze współczuciem zapytałem. "Zdrowa proszę pana, ale co się okazało. Pojechałem jeszcze raz do tego człowieka, myślę człowiek zna się, to mi poradzi i on mówi niech pan spróbuje torfiku. Kupiłem w kwiaciarni, wsypałem i ona weszła, drapie, wygrzebuje, korzonki wyrzuca i z samcem od razu inaczej. Już drugi raz będę miał młode" - dumny z siebie, choć o papugi chodzi przecież, mówi kierowca. - "Ale teraz już wiem, że jak będą się darły, to nic im nie jest, tylko się przejadły i ona im jeść nie daje. Za pierwszym razem się przestraszyłem, wie pan. Kilka dni wrzeszczą, jak opętane, żona się martwi, córka nie może się uczyć i jeszcze raz pojechałem do tego człowieka, od którego je kupiłem, bo się człowiek zna widać i on mówi, że ona musi je odchudzić". Nawet się nie zorientowałem, jak dojechaliśmy na miejsce. Zamykam już drzwi, a kierowca: "A wie pan, jak się nazywają?" Zadowolony, że to już koniec podróży, udając ciekawość pytam: "Jak?". "Romeo i Julia. Takie prawdziwe nierozłączki..." Zamknąłem drzwi.

Tego samego dnia wieczorem spotykam się ze znajomym lekarzem z Ukrainy, który praktykuje w jednym z warszawskich szpitali, i tak od słowa do słowa mówię mu, że coś mnie w prawym kolanie pobolewa jak na łyżwach jeżdżę i żeby może jakieś smarowidło mi polecił. "Na Ukrainie znam lekarza - mówi - który przez trzydzieści lat leczył kobietę, która zmarła w wieku 104 lat ze starości po prostu. W testamencie zapisała temu lekarzowi walizkę. Wszyscy zastanawiali się, co jest w środku. Złoto, dolary... Wiesz co było? Wszystkie recepty, które on jej zapisał w ciągu tych trzydziestu lat".

Przypomniała mi się od razu historia mego wuja, który jako młody absolwent wyższej szkoły w latach zamierzchłych został na krótko (wyemigrował) szefem punktu skupu owoców. Po pół roku pracy wystraszony udał się do rodzinnego lekarza, który to jeszcze przed wojną leczył całą rodzinę, i mówi mu, że wypił już tyle wódki z dostawcami, z których każdy przekonywał go o eksportowej jakości dostarczonych owoców, że gdy przychodzi do domu i się kładzie, nie może zamknąć oczu, bo wydaje mu się, że zaczyna spadać w przepaść. Lekarz sędziwy i zasłużony tak na to otwierając szafkę biurka zareagował: "Ludek, nie p..." - i wyciągnął dwie szklanki i butelkę wódki. Jeszcze jedno. Wyleczył go; ze strachu. Wuj do dziś jest w pełni zdrowia.

No tak, jeszcze morał z tych historii płynący. Otóż, jeśli zwracamy się po poradę do doradcy, to możemy się spodziewać nie tylko słusznych podpowiedzi, możemy też szukać w jego poradach potwierdzenia naszego punktu widzenia i nie przejmować się tym, co mówi. Możemy też (casus mego wuja) uzyskać potwierdzenie naszej właściwej drogi.