Między nami (głównymi) informatykami

Przyznaję, że nagrzeszyłem. W czasopiśmie o nadtytule 'Tygodnik Menedżerów i Informatyków' zachciało mi się pisać o filozoficznych kwestiach, co to znaczy być komputerem. Wprawdzie okoliczności jubileuszowe były łagodzące, ale rację miał Redaktor Naczelny, przywołując mnie do porządku. Tak więc składam samokrytykę i oświadczam, że się to już więcej nie powtórzy.

Przyznaję, że nagrzeszyłem. W czasopiśmie o nadtytule 'Tygodnik Menedżerów i Informatyków' zachciało mi się pisać o filozoficznych kwestiach, co to znaczy być komputerem. Wprawdzie okoliczności jubileuszowe były łagodzące, ale rację miał Redaktor Naczelny, przywołując mnie do porządku. Tak więc składam samokrytykę i oświadczam, że się to już więcej nie powtórzy.

Jakby antycypując pryncypialność RN, zatrudniłem się na stanowisku głównego (i jedynego) informatyka w dynamicznie rozwijającej się bostońskiej firmie farmaceutycznej. W ten sposób mogę kolegom-informatykom donosić, co dzieje się na froncie amerykańskiej komputeryzacji.

Nim jednak podzielę się moimi doświadczeniami, chciałbym przywołać sam proces zatrudniania się. Otóż, wbrew powszechnemu mniemaniu, opartemu na obserwacji prasy komputerowej, brak zarządzających systemami komputerowymi jest dotkliwy, aczkolwiek znalezienie właściwego miejsca pracy nie jest łatwe. Amerykanie wierzą, że zatrudniany kandydat musi mieć kwalifikacje dokładnie odpowiadające opisowi stanowiska. Skutek jest taki, że bardzo wielu ludzi jest „nadkwalifikowanych”. A uważa się, że taki „nadkwalifikowany” pracownik wcale nie chce pracować, tylko poczekać na okazję lepszej (czytaj: wyżej płatnej) pracy.

I mnie ten problem dotknął, ale jakoś udało się. Kupiłem sobie książki z serii "Dla opornych..." o zatrudnianiu się, wysmarowałem CV po amerykańsku (zupełnie odwrotne niż u nas) i odbywszy parę wywiadów, poczułem się na luzie. Gdy zobaczyłem ogłoszenie, że rozwijająca się firma poszukuje administratora sieci makowej, byłem przygotowany. Na szczęście dyrektor okazał się Europejczykiem, więc patrzył na problem informatyka pragmatycznie: sieć ma działać.

Pewnie zdziwieni są Państwo, że w kraju, gdzie 95 procent komputerów to pecety, ktoś w ogóle kupuje Macintoshe, a szczególnie do biura. A jednak na piętrze biurowca gdzie pracuję, jedna trzecia instalacji jest właśnie makowa. Powód jest bardzo prosty: utrzymanie takiej sieci jest tańsze w perspektywie kilku lat. Co mnie jednak zdziwiło: księgowość też nie jest prowadzona na pecetach. Z punktu widzenia administratora homogeniczna sieć jest bardzo przyjemna w obsłudze. Szczególnie gdy się weźmie pod uwagę, że wszystkie nowe Macintoshe mają napędy CD-ROM, a Norton Utilities dostarczane są jako startowa płytka. Można więc każdy zwalony komputer podnieść w trzydzieści sekund.

Są też i pewne różnice w stosunku do typowego biura, jakie znałem z Warszawy. Mamy bowiem bezpośredni dostęp do połączenia internetowego przez linię T1. Oznacza to, że każdy pracownik może z biurka surfować ile zechce. Może też z domowego komputera podłączyć się do firmowego serwera standardowym oprogramowaniem sieciowym - wystarczy wpisać adres IP i hasło.

Szybkie połączenia mają też wady. Szefowi zamarzyły się wideokonferencje ze współpracownikami. Niestety, istniejąca technologia ciągle jest w powijakach. Jak się dobrze uprzeć, to na ekranie widać, że ktoś macha ręką. A połączenie między dwoma pokojami powoduje przyjemny efekt kamery pogłosowej: można usłyszeć samego siebie z opóźnieniem mniej więcej pół sekundy. Tyle czasu zajmuje kompresja obrazu i dźwięku.

Kończę na dziś, bo muszę zrobić kopię dysku serwera. Ot, pieskie życie informatyka...


TOP 200