Microsoft a mowa polska

Unikam w felietonach sięgania po nazwy firm, gdyż - niezależnie od tego, czy krytykuję, czy chwalę - sprawy staram się traktować szerzej, jako zjawiska, które można poddać uogólnieniu. Tym razem nazwy pominąć jednak nie mogę, a o powodach - za chwilę.

Unikam w felietonach sięgania po nazwy firm, gdyż - niezależnie od tego, czy krytykuję, czy chwalę - sprawy staram się traktować szerzej, jako zjawiska, które można poddać uogólnieniu. Tym razem nazwy pominąć jednak nie mogę, a o powodach - za chwilę.

Jest niemal oczywiste, że kwestie językowe, szczególnie z naszej branży, to felietonowy samograj. Chociażby dlatego, że nie brak stale nowych przykładów, jak, często bezmyślnie, sięgamy po żargon, będący prostym przeniesieniem terminów anglojęzycznych, co rzadko się udaje, a na ogół wypada szkaradnie, jak chociażby sławna już, skutkująca natychmiastowym cierpnięciem skóry, "autentykacja", stosowana zamiast poprawnego "uwierzytelnienia".

Pisałem tu już o tym ileś razy i nawet założyłem własną listę kuriozów. Mimo że otwierają ją takie perełki jak "kabel koaksjalny" i "drukarka liniowa", to pisanie o tym bywa już nudne i mało chyba w praktyce skuteczne. Bo co z tego, że wspomniany kabel nazwano współosiowym (lub koncentrycznym) ileśdziesiąt lat temu, a ta nieszczęsna drukarka bierze swą nazwę nie od linii, lecz od wiersza druku (bo drukuje całymi wierszami, a "wiersz", to po angielsku - line) i dlatego od zawsze nazywana była wierszową. Co gorzej jednak - błąd ten popularyzuje w swych materiałach akurat największy polski dystrybutor tego sprzętu.

Kiepskie to pocieszenie, ale zawsze jakieś - źle pod tym względem dzieje się nie tylko w naszej branży: nie mogę np. pojąć, dlaczego na wniosek urzędnicy każą nam teraz mówić "aplikacja", skoro słowo to i tak już ma co najmniej kilka innych znaczeń, w tym jedno - nasze.

Pisze też czytelnik o zainteresowaniach muzycznych, że przy poszukiwaniu w Internecie czegoś o gitarze Gibsona, zupełnym przypadkiem trafił na stronę dużego marketu budowlanego, z "płytami gibsowymi" i "gibsowo-kartonowymi" (ale mają tam też zwykły "gips").

Ale czym, wobec tego, naraził mi się Microsoft i czy w ogóle się naraził, że trafił aż do felietonowego tytułu i to w takim kontekście? Rzeczony Microsoft więc, trochę niezamierzenie, udowadnia, że nie zawsze musi tak być, jak tu wcześniej napisałem, i że nasi informatycy, gdy tylko chcą, to jednak potrafią, nawet bardzo złożone informatyczne zawiłości, nazywać sensownie po polsku.

Od ładnych kilku lat otóż, na niektórych seminariach Microsoftu w Polsce występują (osobno) dwaj, bardzo skądinąd dobrzy i jako fachowcy, i w roli prezenterów, nasi rodacy z zagranicy. Jeden ze Zjednoczonego Królestwa, drugi - z USA. Obaj mówią bardzo dobrze po polsku, ale obracając się na co dzień w kręgach, które z tym językiem niewiele mają wspólnego, miewają, i to często, kłopoty z polską terminologią fachową.

W takich momentach instynkt prezenterski każe im zawiesić wypowiedź i - posługując się słowem angielskim - zwrócić się o pomoc do publiczności. No i publiczność nie zawodzi. Ta sama publiczność, która na co dzień, między sobą, rozmawia tym koszmarnym zawodowym żargonem, potrafi nagle, o dziwo, na podorędziu znajdować najwłaściwsze polskie odpowiedniki. Podchwytują je prezenterzy, którzy dają przy okazji dowód doskonałej pamięci, bo już do końca posługują się swobodnie dopiero co poznanym terminem. I tak przez całe wystąpienie toczy się ten swoisty, żywy dialog, zacieśniający więź między prowadzącym a jego audytorium, co szybko usuwa bariery i jest zapewne z korzyścią dla obu stron.

Tak więc Microsoft czyni tu podwójnie dobrą robotę, a my, ludzie swojej branży, dowodzimy sobie i światu, że to bynajmniej nie brak polskich odpowiedników skłania nas do sięgania po ten swoisty, informatyczny wolapik, jakim posługujemy się na co dzień. A jeżeli nie brak, to co?