Listy

Artykuł Doroty Konowrockiej "Niezależni, nie zrzeszeni" (CW nr 45/99) wzbudził we mnie mieszane uczucia. Trudno mi po jego lekturze ocenić, czy złe są działające w Polsce stowarzyszenia branżowe, czy to my informatycy nie potrafimy czerpać z nich korzyści. Wyłączam z tej grupy stowarzyszenia działające przy firmach komputerowych, bo w tym wypadku ich zadania są nieco inne. Nastawione są one nie tylko na wymianę doświadczeń między użytkownikami, ale i na marketing.

Niezależni, nie zrzeszeni

Artykuł Doroty Konowrockiej "Niezależni, nie zrzeszeni" (CW nr 45/99) wzbudził we mnie mieszane uczucia. Trudno mi po jego lekturze ocenić, czy złe są działające w Polsce stowarzyszenia branżowe, czy to my informatycy nie potrafimy czerpać z nich korzyści. Wyłączam z tej grupy stowarzyszenia działające przy firmach komputerowych, bo w tym wypadku ich zadania są nieco inne. Nastawione są one nie tylko na wymianę doświadczeń między użytkownikami, ale i na marketing.

Najprostszym wytłumaczeniem byłoby stwierdzenie, że takie są nasze stowarzyszenia, jacy my sami jesteśmy. Z drugiej strony, można odnieść wrażenie, że przeżyła się zhierarchizowana, zinstytucjonalizowana formuła organizacji stowarzyszeń specjalistów. Potwierdzeniem tego może być rosnąca popularność innych forów wymiany doświadczeń, takich jak grupy dyskusyjne (bez nich pewnie nie narodziłby się Linux). Sam, gdy chcę podzielić się swymi opiniami bądź uzyskać pomoc, czynię to na listach dyskusyjnych. Oczywiście przynależność do uznanego stowarzyszenia mogłaby wpływać na pozycję zawodową czy lobbing, tak jak dzieje się to w przypadku prawników i lekarzy. W przypadku informatyków tak nie jest. Mam wrażenie, że te organizacje, które istnieją, starają się być elitarne, a to wyklucza np. moją do nich przynależność.

Jarosław Dec, Warszawa

Fikcja albo frustracja

Artykuł Jakuba Chabika "Fikcja albo frustracja" (CW 1/2000) jest bardzo cenny, ale obawiam się, że w informatyce, podobnie jak i w naukach, nic się nie zmieni, co najwyżej na gorsze. Pracowałem jako pracownik naukowy przez ponad 20 lat. Za komuny działał negatywny dobór naturalny, który (obawiam się) nadal się nasila. Do czasu likwidacji habilitacji prawie nikt energiczny, o minimalnych potrzebach materialnych, a nie hobbysta, nie zdecyduje się na wegetację w środowisku wzajemnego podgryzania, podlizywania, pozornych problemów tylko po to, aby po kilkunastu latach (jak dobrze pójdzie) otrzymać tytuł dr. hab. I nie łudźmy się, że wielu z już "nobilitowanych" zechce usprawnić coś w tej stajni Augiasza. Wszak oni już są w komitetach, zespołach doradczych, doradzają Sejmowi i prezydentowi..., by nie stracić synekur i nie dopuszczą młodych, bo wiedzą, że są od nich często znacznie gorsi, z mniejszą praktyką. I to niezależnie czy budżet wrzuci w to środowisko 1000 czy 4000 zł/osobę. Najpierw warto by zmienić mechanizmy, a nie ich skutki.

Imię i nazwisko znane redakcji