Limuzyna z pustym bakiem

Bez echa przechodzą kolejne nieudane emisje akcji. Jednocześnie zapowiedzi opodatkowania zysków z giełdy, płynące ze strony Ministerstwa Finansów, skłaniają inwestorów do poszukiwania nowych miejsc dla ich pieniędzy.

Bez echa przechodzą kolejne nieudane emisje akcji. Jednocześnie zapowiedzi opodatkowania zysków z giełdy, płynące ze strony Ministerstwa Finansów, skłaniają inwestorów do poszukiwania nowych miejsc dla ich pieniędzy.

W Budapeszcie podatek giełdowy wykończył tamtejszy rynek papierów wartościowych, co nie przeszkadza rodzimym "łataczom dziury" chciwie łapać za kieszenie inwestorów. Nade wszystko jednak giełda straciła znaczenie. Czasy, kiedy każdy Polak miał w portfelu akcje, dawno minęły. Dziś biura maklerskie bankrutują, bo ludzie masowo pozamykali rachunki; fundusze akcji przynoszą "zyski" z minusem, a Gazeta Wyborcza publikuje codziennie komentarze giełdowe już chyba tylko z przyzwyczajenia.

Może wydaje się komuś, że to, co piszę, nie ma większego związku z informatyką. Ale ma - i to duży. Słabością polskich firm informatycznych nie jest już technologia (ta nigdy nie była), w coraz mniejszym stopniu jest to organizacja (co obserwuję na własne oczy, przygotowując cykl Sztuka zarządzania projektem). Zasadnicza słabość polskich przedsiębiorstw w porównaniu z zagraniczną konkurencją to ich zdolności finansowania. Wiele inicjatyw ery dotcomowej wywróciło się dlatego że nie miało dobrego pomysłu na biznes. Ale ten pomysł wiele miało, tylko zabrakło im kapitału na utrzymanie działalności do czasu, kiedy zaczęły przynosić zysk.

Kapitałem własnym można się finansować do pewnego momentu. Zresztą, przy spadających stopach procentowych finansowanie długofalowych inwestycji kapitałem własnym (czyli zaskórniakami ze sprzedaży) nie ma sensu ekonomicznego. Firmy informatyczne powinny sięgnąć po kapitał obcy. Dotychczas były to pieniądze inwestorów giełdowych - udało się Prokomowi, udało się ComArchowi, udało się ComputerLandowi i jeszcze paru spółkom. Ale fiaska kilku emisji akcji dowodzą, że po ten kapitał sięgać będzie coraz trudniej.

Niedawno przeczytałem, że firma zarządzająca serwisem Gadu-Gadu już osiąga zysk; na plusie są też właściciele wyszukiwarki NetSprint, której mało kto dawał szansę. Firmy te udowodniły już, że mają nie tylko dobre pomysły, ale potrafią też z nich się utrzymać. Teraz, aby rozwinąć działalność, potrzebują kapitału.

Otóż zastanawiam się, gdzie też go znajdą. Skoro nie na giełdzie, to czy w bankach? Nie przeceniałbym zdolności bankowców do merytorycznej oceny biznesplanów przedsięwzięć informatycznych. Banki domagają się zabezpieczeń majątkowych, a polskie firmy informatyczne raczej nie posiadają rozległych włości, dzieł Picassa albo skrzyń ze złotem. Ich majątek to technologie, organizacja i wiedza zgromadzona w głowach ludzi - a tego nie da się zastawić.

Skoro nie w bankach, to czy może w funduszach inwestycyjnych? Tych na razie jest niewiele, a kapitały, którymi dysponują, nie są szczególnie imponujące. Może w kieszeni inwestora instytucjonalnego? Owszem, tam rzeczywiście są pieniądze, ale takiemu inwestorowi trzeba jednocześnie oddać część władzy w firmie.

Reasumując, dyrektorom finansowym polskich firm informatycznych trudno dziś zazdrościć roboty. Zdają sobie sprawę, że pracują w biznesie, który wymaga solidnego "lewarowania" kapitałem obcym. A jednocześnie nie bardzo widać, gdzie taki kapitał dałoby się znaleźć. Muszą się czuć jak nabywca samochodu, który ma dobry silnik, trwałe podzespoły, błyszczącą karoserię tylko... nie za wiele benzyny w baku.

To dobrze, że polskie firmy poprawiają procesy, dbają o jakość, restrukturyzują się i integrują. Oby tylko nie zapomniały o benzynie. Bez niej nie pojadą.