Kultura informatyczna

Odbywałem niedawno rozmowę z zaprzyjaźnionym prawnikiem, który mówił, że każdy pracownik organizacji powinien cechować się pewną kulturą prawną.

Odbywałem niedawno rozmowę z zaprzyjaźnionym prawnikiem, który mówił, że każdy pracownik organizacji powinien cechować się pewną kulturą prawną.

Nie chodzi bynajmniej o szczegółową znajomość przepisów i paragrafów, bo tę mają radcowie prawni (i jak źrenicy oka strzegą swojej wyłączności na rozporządzanie tą wiedzą). Chodzi raczej o ogólną orientację: kiedy trzeba zawrzeć umowę, a kiedy można polegać na regulacjach kodeksowych; że każdemu obowiązkowi nałożonemu na strony powinna towarzyszyć jakaś sankcja za jego niedopełnienie; jakie minimalne elementy powinna mieć typowa umowa; kiedy i za co można zostać pociągniętym do odpowiedzialności itd. A także - najważniejsze - kiedy sięgnąć po opinię specjalisty, jak formułować dla niego zadanie i czego oczekiwać (a czego nie oczekiwać) jako efektu jego pracy.

Myślę, że podobnie jest z kulturą informatyczną. Po prostu każdy człowiek, który uważa się za dojrzałego i pracuje w organizacji, powinien cechować się pewnym zasobem podstawowych informacji o technologii i granicach jej stosowania. Szkoła uczy kultury informatycznej wyłącznie w wymiarze umiejętności i narzędzi: obsługa okienkowego systemu operacyjnego, podstawy usług internetowych, trochę aplikacji biurowych, podstawy baz danych i absolutne minimum programowania. To dobry zestaw, ale mimo wszystko niekompletny. Obserwuję u użytkowników ignorancję w wymiarze dalece bardziej fundamentalnym niż narzędzia czy umiejętności: nie rozumieją pojęć i ograniczeń technologii informatycznych.

Wykonywałem kiedyś spory projekt migracji danych. Kilka płaskich tabel źródłowych musiało być przekształconych w strukturę docelową, która była hierarchiczna. Otóż moi użytkownicy za nic nie mogli zrozumieć, że komputer może to przekształcenie wykonać w zdefiniowany wcześniej sposób i każda kombinacja jest możliwa, ale to oni, użytkownicy, muszą określić, która ma zostać zastosowana. Zorientowałem się, że moi klienci nie rozumieją pewnej fundamentalnej zależności: komputer to maszyna, która potrafi zrobić naprawdę wiele, ale wcześniej to oni, użytkownicy, powinni powiedzieć co ma zrobić; ja zaś - inżynier - zadbam o to, by wiedział jak. Że nawet najbardziej zaawansowany system to w gruncie rzeczy dobre liczydło i jest tak mądre jak tandem użytkownik plus autor aplikacji, tylko szybsze i dokładniejsze. I to zrozumienie jest pierwszą rzeczą, którą zaliczyłbym do elementarza kultury informatycznej.

Druga rzecz, którą tłumaczyłbym, to tzw. pierwsze prawo informatyki: garbage in garbage out. Nie muszę się chyba rozwodzić, każdy z nas na pewno zetknął się z oczekiwaniem klienta, że system z marnych danych w sposób "automagiczny" wyciągnie dobre wnioski.

Trzecie, czego uczyłbym wszystkich, to rozumienia szans i zagrożeń jakie tkwią w Internecie i zdolności wyszukiwania i wartościowania informacji. Najbardziej wyraziste pęknięcie społeczeństw i rozszerzającą się "cyfrową szczelinę" widzę pomiędzy grupami, które informacje potrafią wyszukiwać, porządkować, wartościować i przechowywać, a tymi, którzy nie posiedli tej umiejętności, a - co gorsza - nie rozumieją jak szalenie jest ona ważna i potrzebna.

Nad kulturą informatyczną menedżerów pochylę się kiedyś osobno, bo tutaj zestaw podstawowych pojęć jest nieco szerszy niż ten, którego wymagałbym od przeciętnego Kowalskiego. Na koniec chciałbym podać jeszcze jedną rzecz, którą przekazywałbym dosłownie każdemu: że kultura informatyczna jest równie ważna, co kultura języka, kultura fizyczna, kultura osobista oraz wspomniana kultura prawna.


TOP 200