Kto ostatni, ten przegrywa

Pani w dziale kadrowym wypisuje umowy o dosyć zróżnicowanym charakterze i w ilościach nie do pominięcia milczeniem. Zasugerowano więc, aby wprowadzić na jej odcinek prac komputer. Stosowny sprzęt pozostał po modernizacji zaplecza informatycznego, więc jak tylko dyrekcja wydała decyzję, natychmiast znalazł się w miejscu przeznaczenia.

Pani w dziale kadrowym wypisuje umowy o dosyć zróżnicowanym charakterze i w ilościach nie do pominięcia milczeniem. Zasugerowano więc, aby wprowadzić na jej odcinek prac komputer. Stosowny sprzęt pozostał po modernizacji zaplecza informatycznego, więc jak tylko dyrekcja wydała decyzję, natychmiast znalazł się w miejscu przeznaczenia.

Niestety, bez oprogramowania, którego zakup jakoś zarządowi nie był w smak. Na pytanie co dalej, odpowiedź była szczera i nieskomplikowana. Na razie niech tam sobie komputer stoi, a jak przyjdzie kolejny szczyt sporządzania umów, pomyślimy o programie. Sprawa byłaby niegodna wzmianki, gdyby nie nurtująca podświadomie myśl, że decydenci przypomną sobie o rozwiązaniu problemu za pięć dwunasta, zobowiązując kadrę informatyczną do wykonania rzeczy niemożliwych.

Bywa, że decyzje rodzą się w bólach i znoju, po czym na fazę wykonawczą - najbardziej pracochłonną przecież - pozostawia się najmniej czasu. Dyrektorom nie często przychodzi do głowy, że wykonanie usługi jest czymś jakościowo innym niż wydanie zarządzenia o jej wykonaniu. Przypomniało mi się, jak na kursie podstaw obsługi komputera (kilka lat temu) zasiadł zarząd pewnej firmy. Tak sobie - dla zaznajomienia się z nowoczesnymi technikami, których wcześniej nie było dane im zgłębić. Jak można rozpoznać, że przy komputerach siedzą decydenci? Po ciągłych pretensjach do wykładowcy, że system wykonuje polecenia nie tak, jak oni by sobie życzyli lub wręcz ich ignoruje.

Ludzie z zarządu często bywają tak już zmanierowani wydawaniem poleceń, że nie bardzo myślą o konsekwencjach ukrywających się za słowem "wykonać". Opisany przypadek jest zaledwie jednym z drobniejszych znanych mi incydentów stawiania pod ścianą personelu informatycznego. Z poważniejszych mogę wymienić wymuszanie skrócenia czasu instalacji systemu do 30% przewidzianego harmonogramem z powodu przedłużającego się remontu. Informacje o opóźnieniu prac budowlanych zarząd jest skłonny przyjąć ze zrozumieniem - zna w końcu życie.

Następnie już bez zrozumienia żąda od informatyków wykonania pracy w niemożliwym do spełnienia reżimie czasowym. Komputerowcy ze skóry wyłażą, aby się wywiązać, spinając "na agrafkę", byle chodziło. Informatycy mają pecha. Jako ostatni w łańcuchu prac modernizacyjnych sami pozostają na placu boju. Nikt wówczas nie pamięta, że bieżące opóźnienie jest kumulacją poprzednich. Słychać jedynie złowieszcze przebąkiwania "wszystko już jest, a system ciągle niegotowy". Według wszelkich reguł, kto ostatni, ten przegrywa. Informatycy przegrywają, umieszczeni są bowiem na końcu terminarza realizacji prac modernizacyjnych.