Kto nie wierzy, niech sobie zmierzy...

Łacińskie z pochodzenia słowo ''medium'' doczekało się w naszym języku licznych znaczeń. Kiedyś oznaczało ono tylko osobę-obiekt oddziaływania hipnotyzera. Później zaczęli posługiwać się nim specjaliści od energii, przypisując mu znaczenie jej nośnika. U nich słowo to oznacza prąd, gaz, ciepło, i chyba nawet wodę w wodociągu. Na koniec ''mediami'' nazywa się też środki masowego przekazu informacji, pod którą to kategorię podpada zapewne w jakiejś części i Internet.

Łacińskie z pochodzenia słowo ''medium'' doczekało się w naszym języku licznych znaczeń. Kiedyś oznaczało ono tylko osobę-obiekt oddziaływania hipnotyzera. Później zaczęli posługiwać się nim specjaliści od energii, przypisując mu znaczenie jej nośnika. U nich słowo to oznacza prąd, gaz, ciepło, i chyba nawet wodę w wodociągu. Na koniec ''mediami'' nazywa się też środki masowego przekazu informacji, pod którą to kategorię podpada zapewne w jakiejś części i Internet.

Nas dzisiaj szczególnie interesuje to drugie znaczenie, bo akurat media w znaczeniu trzecim podały, że zdrożeją wkrótce media w znaczeniu drugim (o czym, nie mając z tymi trzecimi bezpośredniego kontaktu, dowiedziałem się z czwartej ręki). Nie wiadomo na razie jednak, czy - skoro w produkcji papieru i drukowaniu na nim na przykład tego, co przyjdzie do głowy jakiemuś felietoniście, zużywa się sporo mediów w znaczeniu drugim - podrożeją przez to również te w znaczeniu trzecim. Niejasne też jest, co z hipnozą, bo sama niby potrzebuje tylko jakiejś niemierzalnej energii ezoterycznej, ale przecież abyśmy, jako społeczeństwo, odebrali zapowiadaną podwyżkę cen mediów w znaczeniu drugim jako akt łaski i dobrodziejstwa, media w znaczeniu trzecim winny się tak wysilić, aby wprowadzić nas w stan hipnotycznego transu, czyli przemienić w media (mediumy?) w znaczeniu pierwszym.

A wszelkie znaki, nie będę już pisał gdzie, wskazują, że czynienie z nas wszystkich mediów w znaczeniu pierwszym stanie się wkrótce główną (jeżeli nie - jedyną) specjalnością tych w znaczeniu trzecim, co ułatwi zapewne niezauważone wprowadzanie dalszych podwyżek mediów z numerem 2.

Ale my tu sobie o różnych takich, a media (właśnie te numer 2) niepostrzeżenie nam wyciekają. Serio. Rachunek za prąd i gaz zawsze wprowadza człowieka w zastanowienie: jak to możliwe, że aż tyle. Szczególnie gdy pan z drukarką na pasku przez ramię, ze zwisającą do ziemi złowrogą wstęgą papieru, która za chwilę będzie dla nas rachunkiem za ostatnie dwa miesiące, który to pan więc zjawia się w przeddzień sylwestra, gdy "prąd" (do herbaty!) i "gaz" już i jeszcze całkiem miło człowiekowi się kojarzą.

I mnie też ten rachunek zastanowił, i to aż tak, że solennie postanowiłem dojść, dlaczego aż tyle. Nie podejrzewam o niecne czyny sąsiadów, więc nie zaglądałem do wspólnej skrzynki licznikowej na korytarzu, a za to postanowiłem przyjrzeć się temu wszystkiemu, co niby jest wyłączone, ale jednak czujnie czuwa, oczekując znanego sobie, a dla nas niewidocznego, ożywiającego promyczka podczerwieni. Powiada się, że każde takie urządzenie z osobna zużywa prądu tak mało, że samo nawet zakręcić licznikiem nie potrafi. Ale siła jest w masach - więc gdy takich cichych konsumentów prądu jest więcej, to moce się sumują i kto wie...

Pomierzyłem więc wszystko starannie stosownym przyrządem i wyszło mi, że przeciętne urządzenie domowe z funkcją czuwania pobiera moc jakichś 5-10 W, ale komputer (mimo że wyłączony!) to już watów 20 i tyleż samo 5-letnia, też wyłączona!, z zasilaczem. Nie wiele mniej wyłączony monitor ekranowy. Taki zaś tuner telewizji satelitarnej to 8 W przy czuwaniu i 12 W przy pracy. Wszystko razem w domu, gdy doliczyć jeszcze radiobudziki i różne takie, to odpowiednik niemal 100-watowej żarówki świecącej non stop. Przy cenie, którą płacę, daje to ponad 25 zł na miesiąc. Więcej niż butelka całkiem przyzwoitego, chilijskiego czerwonego.

Ale - co najważniejsze w tym wszystkim - pojąłem wreszcie, co naprawdę oznacza obrazek z napisem "Energy Star", jaki pojawia się na ekranie monitora tuż po włączeniu komputera.


TOP 200