Komputerów grzech pierworodny

Dawno minęły czasy, kiedy owada błąkającego się wśród obwodów procesora można było obwiniać o błędne działanie komputera.

Dawno minęły czasy, kiedy owada błąkającego się wśród obwodów procesora można było obwiniać o błędne działanie komputera.

Zaryzykuję tezę, że 99,(9)% błędów, z jakimi spotykamy się w codziennym obcowaniu z komputerami, to "bugi" w oprogramowaniu, które znalazły się tam jak najbardziej za sprawą człowieka i z jego winy. Ale ów historyczny "bug" dał nam po wsze czasy doskonałą wymówkę, dzięki której wszystkie zawinione przez nas niedogodności możemy przenosić na niczemu niewinne żelastwo.

Pamiętam z dzieciństwa, jak rodzice co miesiąc studiowali ze skupieniem komputerowo drukowane odcinki ze składnikami pensji. Wówczas dla pracowników działu płac winę za każdy znaleziony błąd ponosił komputer. To było dawno, gdy poczciwe Odry i Mery stanowiły o sile naszej informatyki.

Gdy ja wkraczałem w swoje dorosłe życie i przyszło mi reklamować wyciągi bankowe, słyszałem zapewnienia, żeto nie pracownicy banku są winni, a system komputerowy. Jak widać świadomość zastosowań informatyki rosła i już nie pojedyncza maszyna, a cały "system" ponosił winę.

Ostatnimi zaś czasy modne stało się obwinianie "komputeryzacji instytucji". Brzmi jeszcze poważniej niż "system", a ciągle zachowuje konotacje ze wszystkiemu winnymi komputerami. Jednym słowem, gdyby nie komputery, to sprawy toczyłyby się w jak największym ładzie i porządku.

Wydawałoby się, że obwinianie komputerów to jedynie cecha fazy przejściowej w dochodzeniu do zaawansowanego i powszechnego użycia technologii informatycznych. Nic bardziej mylnego, o czym ostatnio przekonałem się w USA.

Po 11 września wsiadanie do samolotów w USA stało się uciążliwe. Kontrole są częstsze i bardziej wnikliwe.

Nie jest możliwe sprawdzenie każdego pasażera, stosuje się więc kontrolę wyrywkową. Kiedy w Atlancie, wsiadając do samolotu, podałem swoją kartę pokładową, pracownica linii lotniczych poinformowała mnie z uśmiechem na twarzy: "Sir, youŐve been randomly selected by the computer for a security check". Przyjąłem to z godnością i ze zrozumieniem zaistniałej sytuacji. Choć moja wyrozumiałość znacznie się zachwiała w posadach, gdy przechodzącą za mną żonę komputer również losowo wybrał do kontroli. No, ale o czym tu dyskutować, skoro los tak chciał.

Jednak pięć dni później na lotnisku w Miami resztki mojej wiary w losowe działanie algorytmu selekcji pasażerów zniknęły bezpowrotnie. Na terminalu przetwarzającym karty pokładowe ponownie ujrzałem czerwoną lampkę i usłyszałem wyuczoną na pamięć formułkę: "Sir, ... randomly ... by the computer..." Nie miałem już cienia wątpliwości, że żonę za chwilę spotka ten sam los.

Zamiast otwarcie powiedzieć: "Szanowny Panie, w naszym kraju prawa jednostki zostały ostatnimi czasy mocno ograniczone, a osobnicy tacy jak pan, czy to z uwagi na narodowość, czy to ze względu na obraną trasę podróży, czy to z powodu uderzającego podobieństwa do znanego nam terrorysty, będą dyskryminowane po wsze czasy, o czym za chwilę się pan przekona podczas rewizji osobistej na oczach pozostałych pasażerów" - to wymyśla się zgrabną formułkę "randomly ... by the computer".

Co za dyplomacja! Co za hipokryzja! Gdybym nie był informatykiem, zapewne gotów byłbym za wszystkie te niedogodności obwinić Bogu ducha winne komputery.

A dla dociekliwych i wątpiących mały quiz matematyczny. Jakie jest prawdopodobieństwo, że w 2 niezależnych zdarzeniach, te same 2 osoby znajdą się w grupie 25 osób losowo wybranych spośród 250 osób. Odpowiedzi: a) 0,2; b) 0,04; c) ok. 0,0001?

Stany Zjednoczone, Miami, 5 listopada 2001 r.


TOP 200