Komar i orak

Podobno jeden z uczonych optował kiedyś za rdzennie polskimi nazwami pierwiastków chemicznych. Miał proponować, by wodór i tlen nazwać odpowiednio - lżeń (bo najlżejszy) i żywień (bo konieczny do życia). W tej konwencji poczciwa woda, czyli tlenek wodoru, nazywałaby się ''żywieniek lżenia''.

Podobno jeden z uczonych optował kiedyś za rdzennie polskimi nazwami pierwiastków chemicznych. Miał proponować, by wodór i tlen nazwać odpowiednio - lżeń (bo najlżejszy) i żywień (bo konieczny do życia). W tej konwencji poczciwa woda, czyli tlenek wodoru, nazywałaby się ''żywieniek lżenia''.

Jeszcze w czasach licealnych zawziąłem się, aby przetłumaczyć na jęz. polski obszerną instrukcję techniczną motocykla produkcji radzieckiej. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że sporo rosyjskich terminów technicznych brzmi z niemiecka lub angielska. Zapytany o to profesor rosyjskiego wyjaśnił, że jest to skutek otwarcia się Rosji na Europę (świat?) w czasach Piotra I, kiedy, wraz z nowinkami technicznymi, importowano język, którym można było o nich rozmawiać.

Podobne zjawisko wystąpiło w różnych krajach wraz z docieraniem do nich urządzeń mających ułatwiać żmudny proces liczenia, co rozpoczęło się pod koniec XIX w. Przesądziło to o tym, że to akurat przodujący w tej dziedzinie Amerykanie nazywali nowe, związane z tą dziedziną rzeczy i czynności. Dla reszty świata najwygodniej było przyjąć już wymyślone terminy do swego języka.

Nie wszyscy jednak poszli na taką łatwiznę: przykładem są Francuzi i Niemcy. Od tych pierwszych pochodzi słowo informatyka, będące połączeniem informacji z automatyką, u tych drugich interfejs nazywa się schnittstelle.

Nie jestem purystą ani językowym, ani w ogóle. Toteż nieporadności w nazywaniu nowości po polsku i w adaptacji terminów z innych języków bawią mnie raczej niż złoszczą. Okazją do takiej zabawy są seminaria i konferencje, szczególnie te, odbywające się na zasadzie "zdanie po angielsku, zdanie po polsku".

Nieszczęściem konferencji bywają dwa rodzaje tłumaczy - tacy, którzy nie mają pojęcia o omawianej materii, i ci, którzy wiedzą za dużo. Pamiętam coroczne seminaria targowe NRD-owskiej firmy informatycznej Robotron i zdumienie jej przedstawicieli, gdy dobrze znający zagadnienie tłumacz każde ich zdanie zamieniał na kilka zdań własnych, prowadząc właściwie swój równoległy wykład na ten sam temat. Inne pamiętne seminarium uratował szef pewnej dużej firmy informatycznej, który widząc (a właściwie - słysząc) co się dzieje, już po kilku minutach odsunął tłumacza i sam przejął jego rolę. Jeszcze inne, skądinąd bardzo interesujące seminarium tłumacz położył całkowicie, często odwołując się nawet do publiczności, by dowiedzieć się, o co chodzi. Całość skończyłaby się niechybną katastrofą, gdyby nie ostatnie wystąpienie urodziwej, dobrze przygotowanej merytorycznie i o dużym talencie prezenterskim, przedstawicielki polskiej odnogi firmy informatycznej, uważającej się za największą na świecie.

Ta sama firma zorganizowała w czerwcu tego roku interesujące, dwudniowe seminarium na półtora tysiąca uczestników. Okazało się, że najlepszą polszczyzną mówił tam nasz rodak z zagranicy, a niektórzy rodzimi mówcy, jak zwykle przy takich okazjach, popisywali się zbytecznymi kalkami z angielskiego, brakiem jego znajomości i przesadą. Komuś zabrakło konsekwencji i usłyszeliśmy o książce Inside SQL Server siedem, ktoś inny przetłumaczył sobie concurrent jako "konkurent". Ktoś chciał być bardzo poważny i zwykłą "notację" zastąpił "notyfikacją". Na najwyższe wyróżnienie zasłużyło jednak nazwanie poczciwego katalogu "dajrektorią".

Czy może, na tym tle, dziwić fakt, że niedawno, pod moją chwilową nieobecność, dzwonił do mnie ktoś - jak mi powiedziano - "z firmy komar w sprawie oprogramowania orak"?


TOP 200