Jedenaste: nie ufaj Beacie

Stałem się ostatnio szczęśliwym posiadaczem urządzenia GPS wraz z aplikacją typu atlas drogowy. Jazda z Beatą (czyli głosem prowadzącym) przyprawia mnie momentami o palpitację serca. Ostatnio np. w godzinach porannego szczytu przebijałem się przez centrum Gdańska. "Jedenaście. Kilometrów. Osiem. Minut. Do celu" - radośnie informowała mnie Beata, kiedy kwitłem dwudziestą minutę w korku i czas dojazdu na miejsce szacowałem na kolejne dwadzieścia.

Stałem się ostatnio szczęśliwym posiadaczem urządzenia GPS wraz z aplikacją typu atlas drogowy. Jazda z Beatą (czyli głosem prowadzącym) przyprawia mnie momentami o palpitację serca. Ostatnio np. w godzinach porannego szczytu przebijałem się przez centrum Gdańska. "Jedenaście. Kilometrów. Osiem. Minut. Do celu" - radośnie informowała mnie Beata, kiedy kwitłem dwudziestą minutę w korku i czas dojazdu na miejsce szacowałem na kolejne dwadzieścia.

Tego samego dnia po południu wieczorem próbowałem wyjechać z Sopotu: "Skręć w prawo" - poleciła Beata. Skręciłem i zahamowałem z piskiem opon - tuż przed rurą gotową do ułożenia w świeżym wykopie. Oczywiście był znak zakazu, ale przyłapałem się na tym, że bardziej skłonny jestem wierzyć Beacie niż oznakowaniu. Parę chwil później Beata nieomal wpakowała mnie w ulicę jednokierunkową pod prąd - z powodu poważnych remontów ruch w Sopocie jest zupełnie przeorganizowany. Beata o tym nie wie, bo i skąd - ja jednak nagle poczułem się bezradny. Dopiero wyłączenie GPS-a i zdanie się na znaki drogowe sprawiło, że wyjechałem na główną drogę.

Tak już jest, że szybko przyzwyczajamy się do użytecznych urządzeń elektronicznych. Ufamy bezgranicznie wszystkim Beatom tego świata i jesteśmy zaskoczeni, gdy one zawiodą zaufanie albo nie działają (bo np. rozładowała im się bateria). W szczególności, problem dotyczy mężczyzn (jako większych gadżeciarzy) oraz inżynierów (jako gadżeciarzy do kwadratu).

Każdy producent reklamuje swoje urządzenie lub oprogramowanie jako ostateczne rozwiązanie wszystkich kłopotów użytkownika; każdy też - w pierwszych słowach licencji, regulaminu lub instrukcji obsługi - zaznacza, że nie ponosi odpowiedzialności za skutki wykorzystania produktu.

Ostatnio zaprzyjaźniona nauczycielka mówiła mi, że zabrania brać telefony komórkowe na klasowe wyjazdy po tym, jak jedno z dzieci miało problemy żołądkowe, ale zamiast o tym powiedzieć opiekunom, wydzwaniało do mamy, która akurat miała wyłączony telefon. "Nie mogę doprowadzić do tego, że dziecko uważa, że jest pod opieką komórki, a nie moją" - podsumowała to zdarzenie wychowawczyni i doprawdy trudno odmówić jej racji.

Myślę, że społeczeństwa na razie przeoczyły ten problem. Bezkrytycznie akceptują coraz większe przesycenie naszej codzienności informatyką użytkową. Duże nakłady idą na to, by nauczyć nas korzystać z niej biegle - i bardzo dobrze! Szkoda tylko, że równolegle nie uczy się nas krytycyzmu w podejściu do tego, co oferują nam urządzenia i radzenia sobie w sytuacjach, gdy zawiodą.


TOP 200