Jałmużna cyfrowa

W latach 60. plagą stawały się lasy anten telewizyjnych, widoczne na każdym większym budynku. Ich zamocowania niszczyły dachy i kominy, a byle wichura zrywała źle, po amatorsku zamocowane przewody.

Teraz okazuje się, że instalacje te mogą być powodem problemów z odbiorem naziemnej telewizji cyfrowej, więc specjalny rządowy zespół międzyresortowy opracował stosowne wymagania techniczne i eksploatacyjne oraz wytyczne dotyczące modernizacji. Przekopałem się przez oba te dokumenty (razem prawie 50 stron), nie wszystko zrozumiałem, ale wniosek z tego jest jeden: gdyby wszystkie takie instalacje w Polsce poddać wszystkim wymaganym pomiarom, to nie starczy nam instytutów, fachowców i przyrządów pomiarowych. I to przy założeniu zadowalających wyników, bo strach pomyśleć, kto miałby jeszcze dokonywać koniecznych napraw i regulacji.

Skutecznym na to sposobem okazały się wtedy anteny zbiorcze, nazywane AZART-ami (od Abonencka Zbiorcza Antena Radiowo-Telewizyjna), z gniazdkami w każdym mieszkaniu. Instalacje takie stosuje się zresztą do dziś - sam mam taką we wrocławskiej kwaterze, w budynku postawionym ledwo kilka lat temu.

W wielu budynkach (np. u mnie, w Poznaniu), instalacje typu AZART wyłączono, gdy na początku lat 90. pojawiły się sieci kablowe. Początkowo sieci takie dość dobrze wywiązywały się z obowiązku zastępstwa AZART-ów, ale, gdy tylko okrzepły nieco technicznie, zaczęły manipulacje z pakietami programów, ten najuboższy pogardliwie nazywając "socjalnym" (bo "socjalny", znaczy tyle, co "społeczny", ale nie u nas, gdzie słowo to ma kontekst pejoratywny i często bliżej mu do jałmużny).

Niezależnie jednak od tego, kto jaki ma pakiet, może sobie w mieszkaniu doprowadzić sygnał do dowolnej liczby odbiorników radiowych i telewizyjnych. Tak jest jednak tylko z sygnałem analogowym, bo przy zaczynają się schody i w wielu przypadkach nawet jednoczesny odbiór radia w jednym, a telewizji w drugim pokoju jest celowo uniemożliwiony. Pomijając już inny absurd, że mimo posiadania telewizora potrafiącego odbierać sygnał cyfrowy i tak trzeba wstawiać jeszcze jedno pudełko, czyli nakładkę (set-top-box), z dodatkowym zasilaczem, pilotem i kablami. Bo a nuż zachce mi się zostać oszustem i zrobię dziurkę w ścianie do sąsiadki (dlaczego sąsiadki - patrz fraszka Sztaudyngera o ojcu, matce i sąsiadce) i pozwolę jej posłuchać czy pooglądać.

Jeszcze zaledwie kilka lat temu wysoki przedstawiciel PIKE (Polska Izba Komunuikacji Elektronicznej) zarzekał się, że sygnału cyfrowego nie da się podzielić, a już na najbliższej konferencji tej organizacji (październik 2010) jednym z tematów ma być tzw. multiroom, czyli oferta odbioru podzielonego sygnału cyfrowego w więcej niż jednym pomieszczeniu w domu czy mieszkaniu.

Ludzie uciekają z telewizją do Internetu albo platform satelitarnych - według GUS z cyfrowej kablowej korzysta w Polsce tylko mniej niż jedna trzecia z prawie 4,5 mln. abonentów. A w Europie rośnie liczba odbiorców cyfrowych programów bezpłatnych (po kilkadziesiąt programów na kraj), nadawanych i naziemnie, i przez satelity. Tak jest np. w Niemczech, Zjednoczonym Królestwie czy we Włoszech.

U nas próba taka też była, ale skończyła się po kilku tygodniach zostawiając tysiące ludzi z mało przydatnym sprzętem. Skoro nas na coś takiego nie stać, podejmijmy może chociaż próbę minimum, zanim ponownie zaczną nam wyrastać lasy anten. Krajowa Rada może przecież zmusić sieci kablowe do re-emisji, bez żadnego dodatkowego kodowania, tak jak są nadawane, wszystkich multipleksów cyfrowych nadających na danym terenie. I niech się pakiet z nimi nazywa nawet "Jałmużna cyfrowa". Nie takie upokorzenia znieśliśmy.


TOP 200