Jak zyskać wdzięczność narodu?

W urzędach skarbowych komputery stoją na szafach (w szafach nie ma miejsca, a brakuje miejsca i na szafy). Żadna z pracujących urzędniczek już nawet nie pamięta, co to jest. Nawet się o tym nie rozmawia: po co sobie psuć nerwy?

W urzędach skarbowych komputery stoją na szafach (w szafach nie ma miejsca, a brakuje miejsca i na szafy). Żadna z pracujących urzędniczek już nawet nie pamięta, co to jest. Nawet się o tym nie rozmawia: po co sobie psuć nerwy?

Wtajemniczeni mówią źle o informatykach, o firmie Bull, która projektuje i projektuje, a nic z tego nie wychodzi. Bombastyczne zakupy pod nie zaprojektowany system wywołują raczej śmiech, niż zgrozę.

Prawda jednak wygląda tak, że informatycy po prostu nie mają co projektować. A jeśli coś złego można powiedzieć o firmie Bull, to głównie to, że przyjęła zamówienie dokładnie tak, jak się na całym świecie przyjmuje zamówienia komputerowe od państwowych, czytaj - niekompetentnych zleceniodawców. Wiedziała, że nie ma co projektować. Ale dostarczyła sprzęt, o którym z góry było wiadomo, że w chwili zakończenia prac projektowych będzie "moralnie przestarzały", jak się to powiada w języku techników.

Zapowiadało się optymistycznie. Przyjechała do Warszawy pani Ewa Ślusarek, Polka z USA, z praktyką w jednym z najlepiej skomputeryzowanych systemów podatkowych świata, czyli w amerykańskim Internal Revenue System. Do profesora Andrzeja Komara, znawcy zachodnioeuropejskich systemów podatkowych, zjechali do Poznania koledzy skarbowcy z najlepszych uczelni europejskich, gotowi pomóc Polsce w przebudowie, a właściwie - w budowie systemu podatkowego. Niestety, pani E. Ślusarek po półtora roku odjechała do Stanów, ponieważ, nie ukrywajmy, nie była tu nikomu do niczego potrzebna. Z profesorem A. Komarem nie zdążył rozmawiać do tej pory, przez pięć lat, żaden z naszych ministrów finansów; Komar też okazał się niepotrzebny.

Na całe ministerstwo jest właściwie jeden specjalista od podatków, Witold Modzelewski, wiceminister; dobrze, jak mówią złośliwi, że choć jeden, bo inaczej systemu podatkowego nie byłoby w ogóle; a i to jest skarbowiec z wyboru. Nie wymawiając, skarbowości w minionym reżimie nie było; ustrój jej nie potrzebował, nie z podatków władza żyła. Nikogo więc skarbowości nie uczono, ani też nikt jej nie studiował. Nasi wybitni ekonomiści wyszli ze swoich polskich uczelni bez minimum wiedzy, w której Polacy byli kiedyś akurat znakomitymi specjalistami (jeszcze raz: najlepszymi bodaj ministrami skarbu u Franc-Józefa byli Polacy, Dunajewski i Biliński, ten drugi - autor świetnego też podręcznika, praktyk i teoretyk zarazem; a jeszcze i Głąbiński, kolejny fachowiec najwyższej klasy, przez 16 lat członek austriackiej Rady Państwa).

Po roku 1989, po luce 40-letniej, skarbowości u nas nie to, że nie znano; nie wiedziano, że to w ogóle potrzebne! Utkwiła mi w pamięci charakterystyczna wymiana zdań z liberałem, no, nieco kabaretowym, odgrywającym jednak w naszym życiu publicznym rolę polityka (choć naprawdę świetny był w... brydżu); otóż wykłócał się on ze mną, że Adam Krzyżanowski, wielki polski ekonomista liberalny, nie mógł jako liberał zajmować się skarbowością! Ten Adam Krzyżanowski, który był w Polsce po Głąbińskim największym jej autorytetem, autor dwóch wydań podręcznika...

Stąd wszyscy narzekają; niektórzy wręcz gardłują przeciw podatkom jako takim. Amatorszczyzna nie razi nikogo. Prawda: niezawiniona. Ale jednak - amatorszczyzna.

Nie przypadkiem piszę o tym dla pisma komputerowego. Bo to wyzwanie i - rynek dla polskiego software'u. Bo i tak się ktoś musi tym zająć. Marzy mi się jakaś samorzutnie powstała grupa projektantów systemów; niechby (przy współpracy ministerstwa, owszem) sami postudiowali skarbowość zachodnią za prof. A. Komarem, jakieś stare podręczniki i przepisy. Żeby podjąć potem dyskusję z praktykami skarbowości, których nikt nie słucha, i - co najważniejsze - z podatnikami.

Może Polska wtedy zawdzięczałaby coś informatyce?


TOP 200