Idioci

Muszę się przyznać Czytelnikom, że niewiele rzeczy tak mnie denewuje jak listy łańcuszkowe. Ta moja fobia zaczęła się wiele lat temu, gdy korzystałem z BITNET-u, czyli naukowej sieci, będącej przodkiem Internetu.

Muszę się przyznać Czytelnikom, że niewiele rzeczy tak mnie denewuje jak listy łańcuszkowe. Ta moja fobia zaczęła się wiele lat temu, gdy korzystałem z BITNET-u, czyli naukowej sieci, będącej przodkiem Internetu.

Już wtedy różni dowcipni faceci rozsyłali głupawe wiadomości, żywcem przepisane z seryjnych listów dziecięcych. Na szczęście, w

tamtych czasach administratorzy sieci nie patyczkowali się. Jeden Holender z uniwersytetu w Lejdzie został za taką akcję zawieszony w prawach studenta, a wielu udzielono publicznych nagan.

Wszystko to działo się w latach 80., gdy pocztę obsługiwały komputery typu mainframe, połączone szybkimi liniami

światłowodowymi. Nawet więc wysłanie "łańcuszka" do kilkudziesięciu osób nie groziło radykalnym zatkaniem się

przepustowości sieci. Dopiero działanie kolejnych "uszczęśliwiaczy" mogłoby teoretycznie doprowadzić do blokady.

Dziś Internet sproletaryzował się i każdy może mieć do niego dostęp. Wszystkie firmy udostępniające usługi pocztowe w Internecie ostrzegają swoich klientów, że nie wolno tworzyć "łańcuszków". Cóż z tego, skoro prawie nikt nie czyta postanowień umowy, jaką zawiera, a studenci i uczniowe, którzy korzystają z Internetu edukacyjnego, w ogóle są poza kontrolą, bo przecież nie płacą za konta.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W ciągu ostatnich dwu lat parokrotnie miałem wątpliwą przyjemność otrzymywania głupawych listów o tym, że jeden facet czegoś nie wysłał i umarł, a inny wysłał i dostał milion. Poruszałem problem na łamach prasy komputerowej, lecz - jak sądzę - teksty spotkały się z małym odzewem, bo kogo w gruncie rzeczy obchodzą megabajty szalejące po sieci, gdy większość użytkowników ma konta służbowe. Dopiero ostatnie podwyższenie cen za usługi NASK-u uświadomiło opinii publicznej, że to my wszyscy ponosimy straty.

Teraz pojawiła się druga generacja listów łańcuchowych, wykorzystujących tzw. listy dyskusyjne. Działanie jest w tym przypadku bardzo proste. Gdy jesteśmy zapisani do listy dyskusyjnej, możemy wysyłać do wszystkich jej użytkowników list przez podanie tylko jednego adresu - tej właśnie listy dyskusyjnej. Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje takiego działania. Nawet skromna lista dyskusyjna ma kilkuset uczestników, duża może mieć z powodzeniem kilkadziesiąt tysięcy. Ruch wygenerowany na sieci przez list łańcuszkowy i jego mutacje jest ogromny.

Myślałem jednak, że ludzie są rozsądni i że nie będą korzystali z takiego zabójczego narzędzia. Ale się myliłem! Na efekty nie trzeba było czekać długo - ostatnio kilku facetów z Polski rozesłało jakieś bzdury na PARĘ list dyskusyjnych. Skutkiem tego wygenerowali absurdalną liczbę listów oraz dyskusji o tej bzdurze, a także zachęcili

kolejnych idiotów to wysyłania listów do innych list dyskusyjnych. Osobiście nie korzystam z wielu list, lecz mój nastoletni syn bardzo lubi otrzymywać korespondencję. W ostatnim tygodniu otrzymywał ją w tempie kilkunastu listów dziennie - myślę, oczywiście, tylko o korespondencji łańcuszkowej.

Przyznam się Czytelnikom, że nie wytrzymałem i napisałem wysyłającym (których adresy można znaleźć w nagłówkach), że są idiotami. Może trochę przeholowałem, lecz odpowiedź jednego z nich tłumacząca, że przecież on nic złego nie zrobił, a ja nie mam poczucia humoru, spowodowała, iż postanowiłem napisać ten felieton.

Wysyłacz poczuł się zobligowany do wysłania przeproszenia - w ten sposób znowu rozesłał śmieci...

Przyznam się, że nie wiem, jak można rozwiązać problem listów łańcuszkowych - nawet przeszukiwanie korespondecji przez tzw. inteligentnych agentów jest tu mało pomocne, bo zawsze można napisać taki list, który doskonale podszyje się pod zwykły. A może osiągnęliśmy już poziom szumu informacyjnego, tzn. nagminnie wymieniamy informacje do niczego nikomu niepotrzebne?


TOP 200