Historia o M.

I tak dotarliśmy do felietonu, który zamyka cykl wakacyjny i który jednocześnie odrabia, też wakacyjną, zaległość. Jest nią - tradycyjnie już - trochę sprawozdanie i trochę recenzja z wybranej wakacyjnej lektury.

I tak dotarliśmy do felietonu, który zamyka cykl wakacyjny i który jednocześnie odrabia, też wakacyjną, zaległość. Jest nią - tradycyjnie już - trochę sprawozdanie i trochę recenzja z wybranej wakacyjnej lektury.

Lektury innej niż pierwotnie zamierzona, bo ta, z powodów przedstawionych w poprzednim felietonie, na razie do skutku nie doszła. Nie oznacza to jednak, że będzie o jakiejś lekturze zastępczej, gorszej czy chociażby pośledniejszego rodzaju. Przyznam zresztą nawet, że przed tą właśnie lekturą sam miałem podobne wątpliwości, ale w jej trakcie szybko zostałem pozytywnie zaskoczony.

Czas więc powiedzieć, o co chodzi. Lekturą, otóż, o której mowa, była książka napisana niedawno przez amerykańskiego autora Clifforda Chase'a, a wydana u nas pod tytułem "Oskarżony pluszowy M." z - co ważne - podtytułem "Filozoficzna powieść o miłości, samotności i wolności".

Mimo że w książce sporo jest o dzieciach, mimo że tak wiele w niej ciepła, liryzmu i uczucia, nie jest to literatura dla dzieci, które nie odbiorą groteskowych dwuznaczności i aluzji, bo świat tam przedstawiony dopadnie je, czy będą tego chciały, czy nie, dopiero później. A patrząc na to co się wokół dzieje, za wielce prawdopodobne uznać można, że będzie wtedy jeszcze bardziej okrutny i bezwzględny niż ten przedstawiony w książce.

Sam tytułowy Pluszowy M., zwykły (ale markowy!) miś, jest dla autora wygodnym pretekstem do ukazania najpierw kilku pokoleń bardzo przeciętnej amerykańskiej rodziny, a potem do samowyzwolenia się misia, tchnięcia weń życia i połączenia obu tych wątków bardzo krytycznym, a chwilami nawet zjadliwie ironicznym przedstawieniem funkcjonowania niektórych mechanizmów władzy w USA.

Oczami misia obserwujemy kolejnych jego posiadaczy, a poprzez ich pryzmat - całe ich rodziny. Miś opowiada o przypadłości jednego z nich - chłopca, który tak zapamiętale potrafił zająć się rysowaniem, że zapominał o świecie, a w tym również o tym, że czasem trzeba nawet na dłużej udać się do toalety. Nie dająca się oszukać natura robiła więc swoje kiedy chciała, z czego sam delikwent zdawał sobie sprawę dopiero, gdy znikał powód ekscytacji.

Nie wspominałbym o tej niemiłej przypadłości gdyby nie to, że w ostatnich latach słyszałem o kilku konkretnych, identycznych przypadkach bardzo młodych ludzi, tyle że w związku z niemożnością oderwania się od internetu.

Mechanizmy funkcjonowania władzy to druga część książki. Wiele z tego, mimo że osadzone w realiach USA, pasowałoby i do Polski dnia dzisiejszego. Mały miś w roli oskarżonego o 9678 zbrodni jest doskonałym symbolem absurdalności samego oskarżenia i nie sposób uciec od porównania z wyświetlanym u nas przed jakimiś 30 laty filmem francuskim, w którym policja, chcąc pokazać, że panuje nad sytuacją, z filmu z ulicznych zamieszek typuje - a następnie odnajduje i aresztuje - osobę pasującą do roli prowodyra. Jest nim przypadkowy przechodzień, który przechodzi potem całe związane z tym piekło.

Tu też miś jest zastępczym oskarżonym, któremu przydziela się obrońcę z urzędu o nazwisku Niewygrał, a z właściwego przestępcy-psychopaty robi się narodowego bohatera, bo na jego świetlanie patriotycznym tle miś prezentuje się jeszcze gorzej. Prokurator dopasowuje najbardziej absurdalne zeznania do linii oskarżenia, a sędzia prowadzi rozprawę według słanych gdzieś z góry faksami wytycznych. Bo wszystko musi iść zgodnie z oczekiwaniem żądnych głowy misia mas, odpowiednio nastawionych przez media informacyjne.

Końca oczywiście nie zdradzę, powiem tylko, że jego symbolika wiele daje do myślenia na temat, gdzie - i czy w ogóle gdziekolwiek na Ziemi - można znaleźć trochę wolności.


TOP 200