Hey, Joe!

Nareszcie, po latach oczekiwania, pojawił się! Nasz, rodzimy, choć nie senator, to równie skuteczny. Kto?! Polski Joe McCarthy - Andrzej Horodeński.

Nareszcie, po latach oczekiwania, pojawił się! Nasz, rodzimy, choć nie senator, to równie skuteczny. Kto?! Polski Joe McCarthy - Andrzej Horodeński.

Tak się pośpieszył w obnażaniu, że swój felieton marcowy dla ENTER-a już w połowie stycznia puścił w sieć Internet, nie omieszkając opatrzyć go znakiem copyright. I słusznie, bo myśli w felietonie są głębokie, zdolne przeorać naszą zmurszałą rzeczywistość. A puścił w Internet, bo sprawa cała jego właśnie dotyczy.

Opinia publiczna dość już ma krętaczy, którzy pod płaszczykiem liberalizmu i demokracji powracają do starych, komuchowatych metod. Tak też się dzieje w Zespole Ekspertów, powołanym przez KBN dla zbadania sprawy nowego cennika usług świadczonych przez . Jak słusznie zauważył redaktor Horodeński, w składzie 15-osobowego zespołu w większości pojawiają się ludzie habilitowani. Kto sprawdził ich papiery? Przecież wiadomo, że komuchy oszukują! Magisteriów pewnie nie mają, za ekspertów się podają. Rozwiązać, tytułów pozbawić, najlepiej zakazać działalności.

Tymczasem, jak donosi red. Horodeński, wszystko w Internecie zaczęło się jak w bajce. "Jeszcze w stanie wojennym było to prawdziwe światełko nadziei w tunelu beznadziejności i nikomu nie przychodziło do głowy pytanie, kto i ile za to płaci." Głęboką rację ma redaktor ENTER-a -nikomu nie przychodziło to do głowy. Teraz już wiemy - komuchy drugi raz błędu nie powtórzą, nie dadzą opozycji demokratycznej darmowego dostępu do wymiany informacji. Szczególnie, że w stanie wojennym przodek Internetu zwany DARPANET-em niezmiernie rozpowszechniony był w krajach dawnego bloku komunistycznego. Chociaż z drugiej strony pewnie ich superagent Zacharski też się do tej sieci w USA podłączał i tajemnice mógł wykradać. Kto za to płacił? - głośno pyta redaktor Horodeński. Takie pryncypialne pytania dobrze świadczą o odwadze pytającego.

Tym bardziej, gdy zauważa absurdalność działania tego, he, he, zespołu ekspertów, co to od razu podzielili się na trzy podzespoły. Bez sensu oczywiście podzielili się, bo powinni razem obradować, najlepiej, jak jakieś plenum. Listę dyskusyjną sobie otworzyli - szkoda, że nie stronę WWW, oczywiście z czerwonym tłem. Kto za to płaci?

Najgorsze, co zauważył redaktor Horodeński, że łącza międzynarodowe są w rękach monopolu: "...infrastruktura polskiego Internetu i tak jest w całości własnością państwową lub przez państwo licencjonowaną - czy to przez TP SA, czy przez NASK, Warmana itd. - i państwo nie zdradza żadnej ochoty do choćby częściowego odpuszczenia monopolu, zwłaszcza wobec łączy międzynarodowych." Firma, zatrudniająca redaktora Horodeńskiego - wydawnictwo Lupus - gotowa była zainwestować 10 milionów dolarów w łącza, lecz nie dali, utrudniali, ba, konta internetowe dopiero niedawno przydzielili i serwer otworzyć pozwolili, bo to przecież gospodarka racjonowanego niedoboru.

Jak pisze kolega Horodeńskiego w ostatnim numerze pisma GAMBLER, "liczba użytkowników (Internetu na świecie) przekroczyła 50 milionów, z czego w Polsce jest ok. 1%". Redaktorze Horodeński - rozpasała się nam ta komuna! Pół miliona użytkowników w Polsce - jaka to kasa! Na pewno były towarzysz i minister, a obecnie biznesmen Wilczek ręce w tym maczał. A gdzie miejsce dla Lupusa? To jest demokracja?!

Wzywam redaktora Horodeńskiego by nie spoczął na laurach, by śladami swego wielkiego poprzednika zaincjował przesłuchania przed komisją senacką, by spowodował powstanie czarnej listy dziennikarzy, co to o Internecie nie mają prawa pisać, najlepiej w ogóle niech nie piszą. Jeszcze by jakieś bzdury napisali. I, nie daj Boże, w sieć wpuścili.