Harfa AoLska, czyli donos

Gdy człowiek nieco w życiu widział i przeżył, to nic mu się już nie wydaje dziwne ani zaskakujące. Może wtedy właśnie zaczyna się starość? W takim razie jeszcze nie jestem strasznie stary, bo wokół mnie co i rusz pojawiają się rzeczy nie do wiary. Tak przy okazji: ciekaw jestem, ilu Czytelników CW ma podobne odczucia? Proszę napisać choć kilka słów, tatarkiewicz@earthlink.net.

Gdy człowiek nieco w życiu widział i przeżył, to nic mu się już nie wydaje dziwne ani zaskakujące. Może wtedy właśnie zaczyna się starość? W takim razie jeszcze nie jestem strasznie stary, bo wokół mnie co i rusz pojawiają się rzeczy nie do wiary. Tak przy okazji: ciekaw jestem, ilu Czytelników CW ma podobne odczucia? Proszę napisać choć kilka słów, mailto:tatarkiewicz@earthlink.net

Moje ostatnie zdzi-wienie ma głębokie korzenie. Otóż, kiedy jeszcze pracowałem w Warszawie, ze smutkiem przyjmowałem fakt, że rząd amerykański nie chce pozwolić mi na używanie bezpiecznej przeglądarki sieciowej. Pojęcie "bezpieczeństwa" zmieniało się w czasie, gdyż pierwsza dyskietka z Netscape'em 1.0, którą notabene mam do dziś, była opatrzona tyloma klauzulami zastrzegającymi użycie poza granicami Stanów Zjednoczonych, że po prostu nie zdecydowałem się jej otworzyć. Krótko mówiąc, rząd najbardziej demokratycznego państwa świata nagle objawił mi oblicze żandarma, klasyfikując niewinne programy jako broń i zakazując ich eksportu.

Oczywiście, zakaz jest nieskuteczny. Najlepszym dowodem na to było moje legalne wejście w posiadanie ww. dyskietki, a także liczne rzesze komputerowców na całym świecie, którzy używają przeglądarek z zabezpieczeniami 128-bitowymi zaprogramowanymi poza granicami USA. Wtedy formalnie wszystko jest OK - nie było fizycznego transferu kodu. Myślę jednak, że pokaźna grupa ludzi wcale się zakazem nie przejmuje i zwyczajnie w świecie go obchodzi. Cierpią zaś niewinni. Najprostszy przykład to niemożność ściągnięcia bezpiecznych, 128-bitowych uaktualnień do Windows NT, o ile adres komputera nie jest rozpoznawany jako fizycznie znajdujący się w USA. Tymczasem "przestępcy" (może nawet bez cudzysłowu) robią sobie kopię SP na CD-R, który można wysłać zwykłą pocztą. W przypadku Polski przesyłka prawdopodobnie zostanie ukradziona, ale w wielu innych krajach łatwo dotrze do adresata.

Tak się złożyło, że w moim poprzednim miejscu pracy dostawca usług internetowych źle robił tzw. odwrotny DNS i cała sieć, choć ewidentnie mieszcząca się gdzie trzeba, nie była akceptowana jako amerykańska. Problem ten rozwiązywałem przez ściąganie wersji bezpiecznych w domu, gdyż mój prywatny dostawca dobrze się rejestrował. Niestety, system ten miał swoje ograniczenia, najpoważniejszym z nich była powolność transferu, bo w domu mam tylko modem 56K.

Jakież więc przeżyłem zaskoczenie, gdy młody człowiek przejmując moje obowiązki [czytaj felieton Transfer (nie)wiedzy] z pełnym luzem pokazał mi sposób na obejście embarga. Podobno w szkole, do której uczęszczał, nagminnie stosowano ładowanie zastrzeżonych programów poprzez podłączenie się do America on Line. Wystarczy mieć rachunek w AoL, co nie jest ani drogie, ani specjalnie trudne do uzyskania dla potencjalnych terrorystów. Pokaz odbył się od ręki: weszliśmy do systemu na jego konto i hasło, po czym z tego samego adresu IP, który chwilę wcześniej został uznany za "zagraniczny", udało się nam dostać zarówno SP6/128 bit, jak i najnowszą wersję bezpiecznego Netscape'a.

Dzielę się z Państwem tym niezmiernie ciekawym spostrzeżeniem, gdyż wśród ponad 14 milionów użytkowników AoL z pewnością nie brak znajomych Polonusów. Pożyczając od nich konto "na chwilkę", łatwo można dostać zakazane owoce także w Polsce. O czym donoszę uprzejmie Pani Prokurator Generalnej.