Gorzka herbata i herbatniki

Mimo gwałtownych wydarzeń w krajach arabskich oraz trzęsienia ziemi w Japonii, krajowa debata publiczna została zdominowana przez dwa tematy: ryzyko koncesjonowania i cenzurowania internetu oraz spór o OFE, czyli pomysł na przerzucanie konsekwencji nadmiernego zadłużenia państwa na barki przyszłych emerytów.

W tej pierwszej sprawie zabrałem już głos na tych łamach, w tej drugiej wypowiem się przy urnie, ale chciałem zwrócić uwagę Czytelników na fakt, że w obu przypadkach rząd był zaskoczony siłą oporu oraz realnym przełożeniem oponentów na opinię publiczną. Kiedy piszę te słowa, ewidentnie przerażony premier wycofuje się ze zmian, które wcześniej posłanka jego partii nazywała "likwidacją bałaganu i bezhołowia", a prominentny dziennikarz nazwał "końcem internetowego Dzikiego Zachodu". Minister finansów zmuszony zostaje zaś do debaty z naukowcami (Balcerowiczem i Rybińskim), którzy nie pełnią dziś formalnie żadnych funkcji, ale wyrażają głos "milczącej większości".

Oba te przypadki łączy fakt, że opór nie przyszedł ze strony tradycyjnych struktur i stronnictw, a samorzutnie organizujących się grup.

Porównałbym ten ruch do rewolty w Chiapas, ale Polsce bliżej chyba do USA niż do Meksyku. Porównam go więc do Tea Party, czyli oddolnej inicjatywy obywatelskiej wymierzonej w establishment, jego przywileje, rozrzutność oraz doraźne myślenie. Choć na razie "polska herbata" nie osiągnęła masy krytycznej Tea Party i jest raczej obojętna światopoglądowo (podczas gdy amerykańska ma rys wyraźnie konserwatywny), to jednak podobieństwa są duże.

Liderzy tego ruchu ("herbatniki") nie narzucają obywatelom swojej wizji; raczej wyrażają oczekiwania sieci społecznej. Doraźnie przy tym korzystają z siły mediów tradycyjnych tam, gdzie jest im to na rękę, jednocześnie nie tracąc nic ze swojej wiarygodności osób "spoza układu". Okazuje się, że warszawski licznik długu publicznego, kilka wywiadów, blogi i grupy na Facebooku były w stanie zdziałać więcej niż kilkaset opozycyjnych "szabel" w parlamencie. Pouczające, prawda?

Prawie dwa lata temu próbowano dokonać publicznej egzekucji Kataryny i zakończyło się to zmieceniem niedoszłych egzekutorów. Społeczeństwo sieciowe w Polsce odkryło wtedy swoją silę i przewidywałem, że "ta moc pozostanie z nami". Rok temu próba wprowadzenia cenzury internetu zakończyła się publicznymi przeprosinami ministra Boniego. Ale establishment niewiele się z tych dwóch lekcji nauczył i po raz kolejny poszedł na zderzenie ze sieciowym społeczeństwem obywatelskim.

I chociaż przysłowie mówi, że herbata nie robi się słodsza od mieszania, to po każdy takim zderzeniu struktury władzy słabną, a sieć coraz bardziej zyskuje siłę, kształt i formy wyrazu. I to w sumie jest optymistyczna puenta dla tego felietonu :)