Dżuma naszych czasów

Człowiek pozbawiony pracy przeżywa gorycz odrzucenia, jednak nie przez zwalniającego pracodawcę, lecz przez środowisko społeczne, które dotąd uważał za coś stałego i naturalnie przyjaznego.

Człowiek pozbawiony pracy przeżywa gorycz odrzucenia, jednak nie przez zwalniającego pracodawcę, lecz przez środowisko społeczne, które dotąd uważał za coś stałego i naturalnie przyjaznego.

A dokładniej mówiąc, zwolnienie jest bolesne, rodzi gniew, strach i upokorzenie, ale jest zrozumiałe w kategoriach ekonomicznych lub zawodowych. Można mieć pretensję, że mnie zwolniono, a nie kogoś innego. Można uważać, że to niesprawiedliwe, i głośno wyrażać swój sprzeciw. Można czuć się pokrzywdzonym przez los, bo inni są młodsi, bardziej cwani, sprawniejsi albo mają fart. Można mieć uzasadnione zarzuty, można mieć rację, można odgrażać się pracodawcy, można też całkiem zwyczajnie siąść i płakać, bo się samemu tak czy inaczej zawiniło. Zwolnienie jest wielkim przeżyciem emocjonalnym, jest też problemem egzystencjalnym. Pod znakiem zapytania staje możliwość zaspokajania własnych potrzeb, potrzeb dzieci, rodziców, podopiecznych. Ale to nie jest ta dżuma, która niszczy naszą duszę. Nawet poczucie, że jest się niepotrzebnym w firmie, głęboko rani, ale nie niszczy człowieka.

Prawdziwa tragedia polega na tym, że wraz z utratą pracy odrzuca nas środowisko społeczne. A żeby to z powodów małostkowych i podłych, że niby nie warto zadawać się z człowiekiem "upadłym" zawodowo. A żeby to dla uniknięcia kłopotliwych pytań o możliwość zatrudnienia i bulwersujących opowieści o beznadziejności sytuacji. Nie, nie z tych powodów znikają ludzie z otoczenia zwolnionego człowieka. Oni znikają bez powodu, naturalnie. Pierzchają jak duchy. Okazuje się, że środowisko było ułudą. Nowocześni powiedzieliby, że było wirtualne. Na marginesie, kiedyś warto zastanowić się, dlaczego przymiotnik "wirtualny" - czyli nierzeczywisty materialnie - przybiera tak często wydźwięk pejoratywny, określa zjawiska naganne, złe.

Wiele razy już patrzyłam na człowieka zwolnionego. Bez względu na to, czy był zwolniony sprawiedliwie czy nie, czy humanitarnie czy po chamsku, czy miał stosowny wiek i kwalifikacje do dalszych poszukiwań zajęcia czy nie, w pierwszych chwilach przeżywał coś w rodzaju chorobliwego ożywienia. Starał się sam sobie wytłumaczyć, że otwierają się dla niego nowe szanse, nowe przeżycia, nowe drogi rozwoju. Był zrozpaczony i jednocześnie optymistycznie pobudzony. A przede wszystkim każdy po kolei powtarzał, że ma dziesiątki (niektórzy mówili o setkach) telefonów w notatnikach, zna mnóstwo ludzi, jest zaprzyjaźniony ze znaczącymi pracownikami wielu przedsiębiorstw, a nawet ich menedżerami czy właścicielami, ma kontakty tu i ówdzie. Nagle w jego pamięci pojawiali się wszyscy ludzie, których spotkał, z którymi rozmawiał, z którymi wymienił wizytówki. Uświadamiał sobie, że to cała armia, bo jeszcze mógł przecież dodać rodzinę, sąsiadów, znajomych znajomych, rodziców kolegów i koleżanek swojego potomstwa, współpracowników i przyjaciółki żony itd. Człowiek zwolniony raptem zauważa ogromne bogactwo swojego środowiska społecznego. Docenia nagle to bogactwo. Staje mu się ono bardzo drogie. Nie dlatego że ci ludzie mogą mu coś załatwić - o tym czy mogą czy nie jeszcze nie wie - ale że w ogóle są.

A potem nagle dostrzega, że ci wszyscy ludzie znikają z jego życia, z jego otoczenia, spoza zasięgu telefonu. Nie odpowiadają na pozostawione wiadomości, przechodzą na druga stronę ulicy, niezmiernie śpieszą się złapani za rękaw w sklepie, nie pamiętają o zawziętych dyskusjach toczonych na szkoleniu dwa lata temu w Jachrance, czasem w ogóle okazują zdziwienie, że jakakolwiek znajomość miała miejsce. Jakaś dżuma wymiata ludzi z otoczenia człowieka pozbawionego pracy. A może to on jest zadżumiony? Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Czy z powodu ulotności i powierzchowności naszych związków z ludźmi? To na pewno też, ale mam nieodparte wrażenie, że jeszcze coś innego - złego - kryje się w tym. Co?


TOP 200