Dżuma informatycznego średniowiecza

Wirusmania nieokiełznana pleni się z mozolną nieustępliwością godną wytrwałości zielska, zachwaszczając grunty użytkowe Internetu, ludzi spychając do roli dozorców pilnujących swego cyfrowego dobytku.

Wirusmania nieokiełznana pleni się z mozolną nieustępliwością godną wytrwałości zielska, zachwaszczając grunty użytkowe Internetu, ludzi spychając do roli dozorców pilnujących swego cyfrowego dobytku.

Niczym od ptasiej grypy pojawiającej się z Dalekiego Wschodu, tak i zarażone, ale nie od ptactwa, pomimo że też z tamtej strony, zachodnie komputery szaleją w konwulsyjnej obronie przed wielogłowymi potworami, odradzającymi się bezustannie, wzór w tym względzie czerpiąc od Hydry Lernejskiej. Wirusy, które imion wrogich przyjmując mnogość, by skutecznie dezorientację zwiększyć i wrażenie mnogości jeszcze bardziej spotęgować, szczęśliwie śmierci i chorób nie niosą, a jedynie uciążliwość wielką dla pospólstwa internetowego, myląc tropy nawet najzacniejszych rycerzy antywirusowych.

Pewnego dnia pojawiło się w mej skrzynce wiele e-maili przefiltrowanych przez system antywirusowy na serwerze pocztowym, z nagłówkiem mówiącym, że ktoś chciał przesłać mi list z wirusem. Wymienionego za tym czynem nadawcy raczej nie zaliczyłbym do grona znajomych, bo też robal MyDoom vel Novarg nie pyta właściciela komputera o zgodę na rozesłanie ani też o adres nadawcy, pod jaki się podszywa. Obserwowałem jak pojawiają się w oknie mojego klienta pocztowego kolejne monity o tym, że ktoś chciał mnie zawirusować lub też, że ja komuś podsyłam zainfekowane załączniki. Cała akcja rozgrywała się bez najmniejszego mojego udziału - zawirusowane stacje robocze ludzi, którzy z jakichś względów mieli wpisany mój adres pocztowy, generowały ten ruch, na mnie spychając odpowiedzialność formalną za zaistniały stan rzeczy, fizyczną robotę czyściciela pozostawiając serwerowi pocztowemu.

Wyjątkowo fortunnie się składa, że serwer, na którym mam skrzynkę oficjalnie podaną w podpisie pod felietonem, jest wzorowo zarządzany przez kolegów z Bydgoszczy i chroni centralnie swych abonentów przed infekcjami. Piszę wydawać by się mogło o sprawach jakże oczywistych, niemniej zdarzają się usługodawcy, bardzo okrzyczani i wcale nie najtańsi, którzy o żadnej ochronie antywirusowej na serwerach nie chcą słyszeć, bo wygodniej im spychać tę robotę na klientów, którzy muszą się z racji tego opędzać od wirusów jak od stada komarów.

Dobrze obwarowana forteca komputera osobistego winna wzmacniać poczucie bezpieczeństwa, chociaż bezwzględnych w tym zakresie gwarancji nikt nie może dać. Jeśli nawet uszczelnimy te nasze sieciowe okna na świat, to i tak jakieś pomosty z nim istnieć muszą, aby przynajmniej pocztę przesyłać. Prywatnie stosuję dalekowschodni program antywirusowy ze ścianą zaporową, co wydaje się dobrze barykadować granice mego królestwa komputerowego, bo i sam do siebie przez otoczenie sieciowe nie mogę się dostać. W instalacji służbowej natomiast też mam wszystkie dziury pozatykane, co potwierdził jeden z programów testujących (http://www.hackercheck.com ), umożliwiający każdemu nieodpłatne przeprowadzenie krótkiej sesji weryfikującej jakość zabezpieczeń portów transmisji danych. Aby zbadać natomiast antywirusową sprawność swego zestawu komputerowego, wystarczy udać się na stronęhttp://www.eicar.org/anti_virus_test_file.htm , gdzie opisano metodykę oraz dostarczono bezpieczne wzorce plików wirusa. Tak też każdy może przećwiczyć to u siebie, aby się upewnić lub też nieco na wyrost nabranej pewności się pozbyć.


TOP 200