Dyrektywa o interoperability

Nie cichną echa po aliansie Novella z Microsoftem.

Nie cichną echa po aliansie Novella z .

Czytałem o nim sporo, zrobiłem nawet wpis do bloga (http://rewers.computerworld.pl ), ale dopiero po ok. tygodniu, po dokładnym przeczytaniu oryginalnych materiałów z obu firm, wyrobiłem sobie zdanie na temat tego zdarzenia i jego długofalowych konsekwencji.

Przedmiotem umowy jest przede wszystkim coś, co po angielsku zwie się interoperability, co chyba nie ma dobrego odpowiednika po polsku (w każdym razie nie znam go nie tylko ja, ale i serwis Translatica). Otóż moim zdaniem problemem jest to, że właśnie umożliwienie współpracy platform, aplikacji i standardów wymaga umowy. Tymczasem w interesie państw i społeczeństw jest narzucenie twórcom oprogramowania otwartości interfejsów jako obowiązkowej regulacji.

Załóżmy, że jest firma, która robi doskonałe oprogramowanie do syntezy mowy oraz bardzo marnego klienta pocztowego. Jest na świecie wielu ludzi, którzy chcieliby mieć swoje e-maile odczytywane na głos przez komputer - na przykład osoby niewidome, dla których kontakt internetowy jest bardzo ważny. Ale firma produkująca komponent syntezy mowy tak zbudowała interfejsy oprogramowania oraz tak określiła warunki licencji, że możliwa jest tylko sprzedaż wiązana: chcesz syntezę mowy, bierzesz naszego klienta pocztowego; nie chcesz klienta - zapomnij o odczytywaniu e-maili na głos. Każde zintegrowanie innego klienta pocztowego z samym tylko komponentem mowy byłoby po pierwsze trudne (bo interfejs nie jest udokumentowany), po drugie nielegalne (bo na takie użycie nie zezwalałyby warunki licencji).

Przykład jest wymyślony, ale problem - jak najbardziej rzeczywisty. Oto Sean Kerner, publicysta serwisu internetnews.com, w artykule pod znamiennym tytułem "Zły omen" dla wolnego Linuxa (http://www.internetnews.com/bus-news/article.php/3641851 ) pisze, że gdy autorzy Samby przychodzili do Microsoftu, aby dowiedzieć się tego i owego o współpracy z systemem plików oraz usługami sieciowymi systemów Windows, słyszeli, że to własność intelektualna. W efekcie Samba jest solą w oku Microsoftu i być może należy spodziewać się pozwów wytaczanych przeciwko firmom stosującym dla celów komercyjnych ten znakomity serwer plików i drukarek.

Moim zdaniem tu właśnie tkwi sedno problemu: żadna technologia służąca interoperability nie powinna być w żaden sposób chroniona! Prawa cywilizowanych krajów powinny tego explicite zabraniać, tak jak zabraniają zakładowi elektrycznemu formułowania umów, które pod pozorem ochrony wzoru gniazdka elektrycznego zmuszają klientów do kupowania pralek i lodówek w tymże zakładzie. Co więcej, prawo powinno nakładać na producenta komponentu informatycznego obowiązek udostępniania w Internecie prawidłowej, kompletnej i darmowej dokumentacji o interfejsach tego komponentu. Dodatkowo, tworzenie przez producenta systemów, które korzystają z nieudokumentowanych funkcji innego systemu tego samego dostawcy, powinno być karane wysoką grzywną - tak samo jak np. zmowa konkurencyjna. Uważam, że to wręcz kwestia elementarnych praw obywatelskich, a już na pewno sposób na ochronę konsumenta przed monopolistycznymi praktykami dostawców systemów.

Unia Europejska mogłaby coś takiego zrealizować w postaci dyrektywy i w sumie dziwne, że np. pani komisarz Reding, z dużą determinacją walcząca o rozwój społeczeństwa informacyjnego w Europie, nie wpadła jeszcze na taki pomysł. Pomyślałem więc, że jej w tym pomogę i napisałem do niej list w tej sprawie. Jego pełną treść zamieszczam w blogu, zaś na tych łamach będę informował, czy i jaki odzew wywołał mój pomysł.


TOP 200