Drogi panie Carr

Dokładnie dwa lata temu ukazał się pański artykuł, w którym podjął pan trudne zadanie dowiedzenia, że informatyka nie ma w praktyce innego znaczenia, niż to, które mają tradycyjne i istniejące od zawsze dziedziny techniki. Tych ostatnich jednak - zdaniem Pana - nikt, w przeciwieństwie do informatyki, szczególnie nie hołubi, nie domaga się dla nich szczególnej uwagi i taryfy ulgowej w ocenie dokonań i potknięć.

Dokładnie dwa lata temu ukazał się pański artykuł, w którym podjął pan trudne zadanie dowiedzenia, że informatyka nie ma w praktyce innego znaczenia, niż to, które mają tradycyjne i istniejące od zawsze dziedziny techniki. Tych ostatnich jednak - zdaniem Pana - nikt, w przeciwieństwie do informatyki, szczególnie nie hołubi, nie domaga się dla nich szczególnej uwagi i taryfy ulgowej w ocenie dokonań i potknięć.

Opinia pańska spowodowała spore zamieszanie w tzw. środowisku, które potraktowało pańskie sformułowania dosłownie i bardzo serio. Oburzyła ona nawet, i to mocno, kilku wielkich z uprawianej przez nas branży. Jak by tego było mało - utytułowany kolega z kręgów tej samej uczelni, podjął próbę systematycznego rozprawienia się z pańskimi tezami - i nawet mu się to w znacznym stopniu powiodło.

Bo to, zdaniem tego kolegi, nie jest tak, że skoro wszyscy mają u siebie jakąś tam informatykę, to fakt ten automatycznie wyklucza uzyskanie przy jej pomocy większych niż inni korzyści, by nie powtarzać tu wyświechtanej i zużytej do cna mantry o przewadze konkurencyjnej. Jest natomiast tak, że z tej samej informatyki jedni potrafią wyczarować cuda, inni zaś tkwią gdzieś w tłumie podobnych do siebie przeciętnych. A znajdą się także i tacy - co dodaję już od siebie - którzy marnują, to co mają i nie osiągają nawet przeciętności.

Mój osobisty odbiór pańskiej tezy był jednak istotnie odmienny od tych, którzy przyjmowali ją tak bardzo dosłownie. Dla mnie była to swoista nobilitacja informatyki: skończył się oto okres ochronny, informatyka jest dziedziną, która nie potrzebuje forów i pobłażliwości, bo sama potrafi się obronić tym co potrafi i co robi. W mojej interpretacji postawił Pan znak równości między informatyką, a innymi, od dawna uznanymi i trochę starszymi dziedzinami. Dziedzinami, które wszyscy znają i szanują, ale przypominają sobie o nich dopiero, gdy coś niedomaga, skutkując mniejszym, czy większym dyskomfortem.

Potem, na ten sam temat, napisał Pan książkę, ale już jej tytuł wskazywał na istotną zmianę stanowiska: we wspomnianym artykule było to kategoryczne twierdzenie, w książce już tylko pytanie, co zdawało się wskazywać, że i Pan ma nieco wątpliwości co do literalnego pojmowania własnego punktu widzenia.

Teraz, równo w dwa lata od tamtego głośnego artykułu, przyjmuje Pan rolę proroka i i w nowym tekście wieszczy rewolucyjne zmiany w stosunku użytkowników do IT. Zmiany, które mają położyć kres marnotrawstwu, jakim - zdaniem Pana - jest uprawianie informatyki w firmach. Tym razem na poparcie swej tezy ma Pan nawet koronnego świadka, a jest nim energetyka ze swoją historią.

Pomijając fakt, że popychanie elektronów w przewodach i odbiornikach prądu różni się jednak istotnie od czynienia tego samego z bitami, to i tak nowa pańska teza wydaje się dość mało odkrywcza, bo to, o czym raczy Pan pisać, dzieje się z informatyką już od dawna. a wskazując na niepełne w większości wypadków wykorzystanie posiadanych zasobów informatycznych, nie bierze Pan pod uwagę tego, że tak naprawdę to z większości przedmiotów, sprzętów i urządzeń, którymi się otaczamy, i tak korzystamy tylko sporadycznie.

Szczęśliwie, pod sam koniec swego nowego tekstu czyni Pan zastrzeżenie, że nie można dopuścić do nadmiernej koncentracji usług informatycznych, bo mogłoby to wyśrubować ich ceny, hamując jednocześnie postęp. Szczęśliwie, bo już zacząłem sądzić, że w tym zapędzie do wyzwalania firm i organizacji od własnej informatyki zbliży się Pan do opinii szefa firmy IBM z lat czterdziestych, który uważał wtedy, że kilka komputerów wystarczy, by obsłużyć potrzeby świata.


TOP 200