Donosik

Nie jestem donosicielem. W każdym razie donoszenie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Nawet więcej: wątpię w skuteczność donosicielstwa. Dlatego też dzisiejszy felieton to będzie raczej donosik - bez nazwisk, dat, okoliczności. Choć sytuacja wydaje się typowa dla polskiego rynku komputerowego.

Nie jestem donosicielem. W każdym razie donoszenie nie sprawia mi żadnej przyjemności. Nawet więcej: wątpię w skuteczność donosicielstwa. Dlatego też dzisiejszy felieton to będzie raczej donosik - bez nazwisk, dat, okoliczności. Choć sytuacja wydaje się typowa dla polskiego rynku komputerowego.

Wiele pism komputerowych ma rubryki porad sprzętowo-programowych. Są one pozostałością czasów, gdy komputery kupowało się za granicą, serwisu i pomocy technicznej w Polsce nie było, a wszyscy korzystali z, eufemistycznie rzecz biorąc, kopiowanego oprogramowania. Rzeczywiście sytuacja wymuszała wtedy doradztwo, no bo skąd człowiek mógł zasięgnąć porad? Z drugiej strony, rubryki porad praktycznych były tą częścią każdego pisma komputerowego, która była najchętniej czytana. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że prawidłowość ta nie jest naszą specyfiką. Podobnie ewoluowało najbardziej znane pismo komputerowe, np. BYTE. Kiedyś, we wczesnych latach 80. było to pismo majsterklepków i samorodnych talentów programistycznych. Od wielu jednak lat jest pismem informacyjnym, poświęcającym wiele miejsca zarządzaniu i orgranizacji pracy nowoczesnego biura. Zresztą Computerworld też jest takim pismem.

Jednakże w paru pismach wydawanych w Polsce pozostały rubryki poradnicze. Sam kiedyś taką rubrykę całkowicie wymyślałem i wiem już, że w połowie lat 90. czytelnicy nie mają potrzeby uzyskiwania pomocy, bo mogą zwrócić się do fachowego serwisu, który telefonicznie lub przez e-mail odpowie fachowo i kompetentnie. Poza jedną sytuacją: gdy komputer lub oprogramowanie są kradzione. Złodzieje komputerów do pism nie piszą, bo zwykle dobrze wiedzą co kradną i jakie będzie zastosowanie pozyskanego sprzętu. Natomiast posiadacze "pożyczonego" oprogramowania mają oczywiście mnóstwo wątpliwości, z którymi nie mogą zgłosić się do informacji firmowej, bo zapytano by ich o numery seryjne i kartę rejestracyjną. Ale do pisma list wysłać mogę.

Czytam więc ja sobie ostatnio narzekania czytelnika, który skarży się, że nie może uruchomić pewnego starego programu na nowym typie komputera. Z treści listu widać, że biedaczek nigdy nie miał podręcznika, w którym, jak byk, jego sytuacja jest dokładnie opisana, chodzi bowiem o specjalne przygotowanie dyskietki startowej dla posiadanego typu komputera. Oczywiście list zaczyna się od stwierdzenia: "mam mały problem". Rzeczywiście, ukradło się

oprogramowanie, które nie chce dać się uruchomić, więc cóż to za kłopot.

Niestety, redaktor odpowiadający zamiast podać złodziejowi numer rozdziału, w którym opisano tworzenie właściwej wersji dyskietki, poświęca pół kolumny tekstu na rozważania, co by tu można zrobić. Gołym okiem widać, że też nigdy nie miał w ręku podręcznika użytkownika. A program, którego rzecz dotyczy, jest podstawowym narzędziem pracy każdego serwisanta i powinien być pod ręką, także w redakcji. Tak więc dwie osoby, podpisane z imienia i nazwiska, publicznie udowadniają, że mają kradzione oprogramowanie. Z kontekstu można łatwo wywnioskować, że omawiany typ komputera nie był produkowany przed rokiem 1994, więc i abolicja go nie dotyczy. Właściwie to powinno się zawiadomić prokuratora o zaistnieniu przestępstwa. Tyle tylko, że prokuratorzy ostatnio uwielbiają umarzanie takich spraw - wiem coś na ten temat, bo jedną już mi dwa razy umorzyli i dopiero interwencje na szczeblu wojewódzkim spowodowały ponowne rozpatrywanie. Swoją drogą sprawa dwa razy rozpatrywana od nowa to jakieś monstrum, tym bardziej w dziedzinie komputerów, gdzie nawet pół roku oznacza często inną epokę.

W każdym razie donosu na czasopismo nie napisałem. Mój list zwracający uwagę na nikczemność moralną postępowania redaktora nie doczekał się żadnej reakcji. Zresztą skoro sam nie ufam donosicielom, to czego mogę oczekiwać?


TOP 200