Dokumentacyjny kit

Gdy byłem dzieckiem, każde wakacje spędzałem u swojej babci. Babcia miała działkę dosyć dużą i obfitującą w najsmaczniejsze pod słońcem owoce, od przepysznych, ogromnych czereśni począwszy, poprzez różne odmiany śliwek, gruszek, na morelach i porzeczkach skończywszy.

Gdy byłem dzieckiem, każde wakacje spędzałem u swojej babci. Babcia miała działkę dosyć dużą i obfitującą w najsmaczniejsze pod słońcem owoce, od przepysznych, ogromnych czereśni począwszy, poprzez różne odmiany śliwek, gruszek, na morelach i porzeczkach skończywszy.

Działka była typowo sezonowa. Stał na niej letni drewniany domek na podmurówce, zapewniający w miesiącach letnich dach nad głową kilku osobom. Wygód specjalnych nie było - woda z pompowanej ręcznie studni, żadnego telefonu oraz komputerów, jako że w latach 50. nikt na działkach nie instalował tego typu urządzeń. W przydomowej altance, gdzie zbierała się rodzinka na posiłki i popołudniowo-wieczorne spotkania towarzyskie przy kawce i czymś być może mocniejszym, zawsze było dużo prasy, ot takiej zwykłej, codziennej, czasami ilustrowanej. W tamtych czasach papier gazetowy był jak się zowie, rzeczywiście ga-zetowy: siermiężny, chropowaty i ogólnie nędznej jakości - w odróżnieniu od papieru używanego dzisiaj. Gazety wielokrotnie czytane przez wszystkich leżały w altance tak długo, aż nadchodził ich kres. Zmieniały wówczas lokalizację. W kącie ogródka stała sobie drewniana budka z serduszkiem, gdzie też gazety wyczytane znajdowały swoje wtórne zastosowanie, albowiem ich jakość przydawała im pewnych walorów, nie tylko informacyjnych. Zresztą czasy były takie, że w kwestii papieru alternatywnego trudności dosyć pokaźne się rysowały, to po pierwsze, a po drugie, czysta to oszczędność: takie gospodarskie podejście do ekonomii. Jednym słowem: było tanio i dosyć znośnie.

Gdzie i komu przyszłaby dziś do głowy tego typu metoda utylizacji makulatury. Sklepowe półki uginają się pod ciężarem bogatego asortymentu papieru różnorakiego - z listkami pojedynczymi lub podwójnymi, w desenie, z zapachem i bez. Natomiast makulatura uzyskana ze współczesnych czasopism nijak nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniu społecznemu na higienę ze względu na zbyt dobrą jej jakość, co może dziwić, że ograniczenia zastosowań ze zbyt dobrego gatunku surowca mogą wynikać, ale niemniej jest to faktem.

Bylibyśmy w błędzie sądząc, że wszelkie wydawnictwa są nieodwracalnie spaskudzone swą wybujałą doskonałością na tyle, że czasy ich dualnego zastosowania minęły bezpowrotnie. Zamówiłem nie tak dawno egzemplarz, dokumentacji (tzw. dockit) Microsoftu Poznajemy pakiet Microsoft Office XP Standard i Professional w cenie niewiele ponad 100 zł. Po rozpakowaniu kartonowego pudełka wyjąłem dwustustronicową broszurę, przypominającą jakością gazety sprzed lat czterdziestu - co jak widać wpłynęło na intensyfikację moich wspomnień - kartki szorstkie i cienkie, pofałdowane jakby już wiele osób je wertowało uprzednio lub jakby od leżenia w wilgoci je poskręcało. Gdyby nie treść, zresztą także o poślednich walorach informacyjnych, przysiągłbym, że książeczka ta przeleżała owe kilkadziesiąt lat w altance i jakimś cudem ocalała wówczas przed spożytkowaniem jej w budce z serduszkiem, na co niewątpliwie zasługuje.