Dobra rada

Przez media przetoczyła się mała burza wywołana wydaniem przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji dokumentu, w którym proponuje ona jakieś bliżej nieokreślone "regulowanie Internetu".

Przez media przetoczyła się mała burza wywołana wydaniem przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji dokumentu, w którym proponuje ona jakieś bliżej nieokreślone "regulowanie Internetu".

Informacja ta nie wzbudziła u mnie większych emocji, ponieważ niczego sensownego nie spodziewałbym się po instytucji, która skompromitowała się licznymi przegranymi procesami, "cudami" w pracach nad ustawą o mediach, upolitycznieniem telewizji, żenującą wojną o stołki w radach i zarządach, itd.

Natomiast warto chwilę pochylić się nad kwestią przekazu online oraz oceny jego wartości. Od dawna już wiadomo, że wykładniczy przyrost objętości materiałów udostępnianych w Internecie w najmniejszym stopniu nie przekłada się na przyrost użyteczności. Paradoksalnie, im bardziej Internet rośnie, tym trudniejsze staje się znalezienie czegoś wartościowego. Zasada jest prosta: coraz więcej coraz bardziej miałkich treści przysłania nam nieliczne naprawdę ważne i naprawdę wartościowe informacje.

Choć wiem, że ta opinia zabrzmi kontrowersyjnie, widzę miejsce dla instytucji publicznej, która zajmuje się treściami publikowanymi online. Jej misja byłaby jednak nie regulacyjna, a wartościująco-bibliotekarska. Zamiast polityków, którzy zasiadają, uchwalają, prowadzą postępowania i publikują stanowiska, widziałbym tam ludzi takich jak Państwo czy ja, którzy czytają, porządkują, oceniają i rekomendują. I myślę, że skorzystalibyśmy przeznaczając na ich działalność nieco swoich podatków.

Z przyjemnością, surfując po Internecie, dowiedziałbym się, czy na daną stronę warto wchodzić czy nie. Wiedzę taką mógłbym czerpać na poziomie makro, z jakiejś "liczby gwiazdek" przyznawanych stronom przez kwalifikowany personel oraz innych internautów, zaś gdyby interesowało mnie coś więcej, mógłbym przeczytać komentarz towarzyszący stronie albo sam napisać własny. Proszę zajrzeć na Amazon.com - ten sklep doskonale wykorzystuje informację zwrotną, aby zbudować u odwiedzającego poczucie, że daną książkę rekomenduje lub odradza ktoś taki sam jak ów odwiedzający.

Wiem, taką funkcję miały spełniać katalogi dziedzinowe portali oraz strony z odnośnikami. Tylko że nie spełniają. Od momentu, gdy portale zażądały pieniędzy od właścicieli serwisów za publikowanie odnośników do nich, ich katalogi stały się w wyborze treści równie użyteczne co telewizyjne reklamy w wyborze proszku do prania. Strony z odnośnikami, utrzymywane własnym sumptem przez zapaleńców, z reguły prezentują się słabo, zawierając linki stare, dobierane wedle widzimisię jednego autora i pozbawione komentarza.

A więc albo komercja, albo nijakość. Czy to nie brzmi jak miejsce, w które powinna wejść jakaś instytucja publiczna? Taki "wujek dobra rada". Niekoniecznie musi od razu zatrudniać kilkudziesięciu bibliotekarzy, ale może np. rozdzielać granty organizacjom, które katalogi treści potrafią zbudować i utrzymywać. Jestem przekonany, że zyskałyby na tym instytucje pozarządowe oraz co lepsze biblioteki, zmieniając tym samym swoją misję z "wypożyczanie książek" na "wartościowanie treści". Przy czym różne organizacje mogłyby oceniać pod różnym kątem. Przeglądający zaś, taki jak ja, mógłby sobie wybrać z rad której organizacji będzie korzystał - tym samym otrzymując ocenę zgodną ze swoimi preferencjami. Jedni wybraliby np. profil społeczny, inni ekologiczny, jeszcze inni naukowy... jak komu pasuje!

Postuluję więc likwidację pasożytniczego, strupiałego ciała, jakim jest KRRiT i przeznaczenie tych pieniędzy na fundację, która będzie finansowała wartościowanie treści w Internecie.


TOP 200