Do pięciu, sześciu (a już co najwyżej - do siedmiu) odlicz...

Druga Wojna Północna - bardziej u nas znana jako "Potop szwedzki" - a także powódź i zaraza z początku XVIII wieku zredukowały niemal do połowy liczbę mieszkańców ówczesnego Poznania i w równej mierze wyludniły otaczające to miasto wioski. W tej sytuacji władze miejskie zaczęły zachęcać do osadnictwa mieszkańców państw niemieckich, oferując im korzystne warunki i pomoc.

Druga Wojna Północna - bardziej u nas znana jako "Potop szwedzki" - a także powódź i zaraza z początku XVIII wieku zredukowały niemal do połowy liczbę mieszkańców ówczesnego Poznania i w równej mierze wyludniły otaczające to miasto wioski. W tej sytuacji władze miejskie zaczęły zachęcać do osadnictwa mieszkańców państw niemieckich, oferując im korzystne warunki i pomoc.

W tego wyniku do Poznania ruszyła fala osadników z okolic bawarskiego Bambergu, gdzie panował wówczas szczególny głód ziemi, gdyż obowiązywał tam zakaz dzielenia ziemi przekazywanej z rodziców na dzieci. W sumie do Poznania i okolic przybyło stamtąd wtenczas kilkaset osób, co - w przybliżeniu - dawało proporcję jeden przybysz na 30 mieszkańców. Bambrzy szybko zasymilowali się z lokalną ludnością językowo, społecznie oraz gospodarczo i zaczęli się uważać za Polaków.

Co ciekawe, o ile, jeszcze niedawno w poznańskim slangu miejskim słowo "bamber" oznaczało po prostu rolnika czy - ogólniej - człowieka ze wsi, to obecnie, szczególnie wśród młodzieży, ma ono znaczenie pejoratywne i oznacza kogoś, kto wyglądem i zachowaniem sprawia wrażenie przybysza z prowincji lub demonstruje zły gust i maniery.

W jednej z wypowiedzi, z okazji niedawnego dorocznego Święta Bamberskiego (zawsze pierwsza sobota po 1 sierpnia), ktoś wypowiedział opinię, że dziś co piąty mieszkaniec Poznania ma historycznego Bambra gdzieś w swojej genealogii. W końcu lat 60. amerykański psycholog prof. Stanley Milgram przeprowadził eksperyment, w trakcie którego poprosił przypadkowo wybrane osoby ze środkowego zachodu USA o wysłanie listu do wskazanej osoby w Bostonie, na wschodnim wybrzeżu. Ponieważ jednak - z założenia - nikt z uczestników nie znał adresata, miał wysłać swój list do kogoś sobie bliskiego (na poziomie zwracania się po imieniu), o kim mógł sądzić, że ten ktoś "jest bliżej" adresata niż on sam. W rezultacie okazało się, że dwie dowolne osoby dzieli przeciętnie tylko "odległość sześciu znajomych", gdyż w większości przypadków na szóstym etapie przesyłka osiągnęła cel.

Eksperyment ten powtórzył niedawno prof. Peter Dodds z Uniwersytetu Kolumbii w Nowym Jorku. Tym razem na apel organizatorów zgłosiło się ponad 60 tys. chętnych, których poproszono o wysłanie przesyłki poczty elektronicznej na podobnych zasadach jak w eksperymencie Milgrama - "w kierunku" 18 osób w 13 krajach. Również tu należało korzystać ze znanych sobie pośredników, a dla kontroli - wszystkie przesyłki przechodziły przez wydzielony serwer organizatorów eksperymentu. Z różnych względów tylko mniej niż 400 przesyłek przebyło wszystkie etapy i dotarło do celu, potrzebując na to od pięciu do siedmiu "etapów", co potwierdziło wyniki eksperymentu z czasów, gdy poczty elektronicznej jeszcze nie było.

O podobnym zjawisku mówiła zresztą stara już piosenka ("jest i Genek, i Genka kumpel, i kumpla kumpel, co kogoś zna..."), dowodząc tym samym, że nauka często zajmuje się - skądinąd potrzebnym - dowodzeniem tego, co intuicja i mądrość ludu oraz poetów wie od dawna.

Ileż to razy, w trakcie rozmowy z przypadkowo spotkaną osobą - w pociągu, barze, poczekalni - dogadujemy się wspólnych znajomych, kwitując to stwierdzeniem: "Jaki to też ten świat mały". Wychodzi na to, że nic w tym szczególnie dziwnego, bo bardziej to jednak prawidłowość niż przypadek.

Eksperymenty Milgrama i Doddsa są przez niektórych kwestionowane, jako "zbyt mało naukowe". Nie pozwolimy jednak, by tego rodzaju sceptycyzm (choćby i uzasadniony) popsuł nam ten lekki wakacyjny felieton.


TOP 200