Długi marsz, czyli Czung-kuo aj-bi-em pi-si

Nie pamiętam czasów Wielkiego Marszu i Kuomintangu. Pamiętam za to marionetki - karykatury Czang Kaj-szeka noszone u nas w jakichś politycznych pochodach, w towarzystwie kukły jeszcze gorszego (bo bliższego geograficznie) renegata Josipa Broz-Tity. Nie przypominam jednak sobie, aby kiedykolwiek kukły te np. palono, które to zajęcie - jak to możemy zobaczyć w telewizorze - jest ciągle ulubionym zajęciem wielu ludów współczesnych.

Nie pamiętam czasów Wielkiego Marszu i Kuomintangu. Pamiętam za to marionetki - karykatury Czang Kaj-szeka noszone u nas w jakichś politycznych pochodach, w towarzystwie kukły jeszcze gorszego (bo bliższego geograficznie) renegata Josipa Broz-Tity. Nie przypominam jednak sobie, aby kiedykolwiek kukły te np. palono, które to zajęcie - jak to możemy zobaczyć w telewizorze - jest ciągle ulubionym zajęciem wielu ludów współczesnych.

Potem - co już pamiętam - był rodzaj kabaretu politycznego, kiedy to nasi spikerzy radiowi, zapewne z trudem panując nad własną wesołością, z powagą czytali wiadomości o "kolejnym - np. pięćset osiemdziesiątym szóstym - poważnym ostrzeżeniu władz chińskich pod adresem USA z powodu naruszenia chińskich wód terytorialnych". Naruszenia te polegały na ogół na celowo prowokacyjnym przepływaniu okrętów amerykańskich między chińskim wybrzeżem a leżącymi tuż przy nim wyspami, do których prawa rościł sobie dość od nich odległy Tajwan, zwany wówczas często Formozą, a występujący oficjalnie jako Republika Chin. To zaś także, biorąc pod uwagę choćby tylko proporcje wielkości terytorium i liczby ludności tej Republiki i tworu zwanego wtedy Chinami Kontynentalnymi, musiało dawać skojarzenia zgoła karykaturalne.

Pamiętam też dobrze miesięcznik "Chiny", przynoszony przez Ojca z pracy z plikiem innych gazet i czasopism. Na jednej z ostatnich stron był tam kurs chińskiego, z czego zdążyłem się nauczyć, że "czung-kuo" to Chiny, "żen" to człowiek, a "chung-kuo żen" to Chińczyk (symbolem słowa "żen" jest człowieczek w postaci jakby odwróconego Y). I na tym moja edukacja w chińskim się skończyła, bo Chiny zadarły wtedy z obozem politycznym, do którego należeliśmy i miesięcznik przestał się ukazywać.

Potem była rewolucja, nie wiadomo dlaczego zwana kulturalną, której echa, głównie w postaci tzw. czerwonej książeczki, autorstwa przewodniczącego Mao Tse-tunga wydanej po polsku, docierały nawet do nas. Rewolucja, która, szczęśliwie dla Chin, tylko na jakiś czas zahamowała rozwój kraju, co było wynikiem umieszczenia sporej liczby inteligencji w tzw. ośrodkach reedukacji, gdzie miano im przywrócić zagubione gdzieś, klasowo właściwe, postrzeganie rzeczywistości.

Jeszcze później była moja rozmowa z mieszkającym w Zjednoczonym Królestwie rodakiem, który szereg lat spędził w Państwie Środka i jego fascynacja tym krajem, gdzie - jak to określał - miliard ludzi jednym szeregiem kroczy do przodu. Gdy ktoś nie nadążał i zostawał w tyle, z szeregu wyciągała się doń pomocna ręka, ale gdy ktoś ten szereg próbował wyprzedzić, ta sama ręka stanowczo go cofała.

Szereg ten wkrótce mimo wszystko się porozrywał, ale próba wyprzedzenia politycznego czasu skończyła się Placem Tiananmen.

Teraz chińska firma, założona w roku 1988 przez 11 uczonych z Chińskiej Akademii Nauk pod nazwą Legend, po blisko czterech latach przymiarek i ośmiu dniach intensywnych negocjacji będzie wyłącznym producentem komputerów osobistych z marką IBM. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie chodziło o markę z niemal stuletnią tradycją (NCR jest jednak starszy!), pod którą ten komputer powstał. Widać w IBM (czyli w - o czym mało kto już pamięta - International Business Machines), coraz więcej jest "business", a coraz mniej "machines", co jest charakterystyczne nie tylko dla tej firmy.

Chiny i Chińczycy zawsze uchodzili za zagadkowych. Nie inaczej jest i tym razem. Jeden ze sloganów na stronie internetowej firmy Lenovo (zbitka od Innovative Legend) głosi: "Czasem by wygrać, trzeba grać razem".

A gra się przecież zawsze razem, tylko niekoniecznie po tej samej stronie.