Delta internetowa i wykluczenie na opak

Osoba, która żyje w świecie internetowych znajomych, portali o dużych możliwościach customizacji, personalizowanych wiadomości RSS, profilowanych stacji radiowych i kanałów tematycznych w cyfrowych telewizjach, musi przeżywać prawdziwy szok ilekroć jest konfrontowana z rzeczywistością.

Osoba, która żyje w świecie internetowych znajomych, portali o dużych możliwościach customizacji, personalizowanych wiadomości RSS, profilowanych stacji radiowych i kanałów tematycznych w cyfrowych telewizjach, musi przeżywać prawdziwy szok ilekroć jest konfrontowana z rzeczywistością.

Czy mowa o wyborach parlamentarnych albo samorządowych, czy o sondażach poparcia dla pewnej idei, czy o nakładzie prasy brukowej (który wielokrotnie przekracza nakłady opiniotwórczych dzienników), czy wreszcie tam, gdzie mowa o sukcesie rynkowym jakiegoś produktu - wszędzie fakty radykalnie odbiegają od wizerunku, jaki płynie ze "spersonalizowanej rzeczywistości", w której obraca się nasz bohater. W "jego" świecie bohaterem są Kołakowski, Grass i Politkowska; wydarzeniem dnia - spodziewana podwyżka stóp procentowych oraz próba nuklearna Korei Północnej. Ale wystarczy, że odejdzie od komputera, a zobaczy inną, w pewnym sensie prawdziwszą (a przynajmniej powszechniej przyjmowaną) rzeczywistość. Wydarzenie dnia to kolejna kłótnia w koalicji oraz ostrzelanie statku-przemytnika, zaś bohaterowie poranka to Joanna Jabłczyńska bez stanika, Mary-Kate Olsen gubiąca kilogramy oraz deputowany, który w Krakowie spotkał dinozaura. I proszę mnie nie pytać, kto to Jabłczyńska czy Olsen, wziąłem dwie przypadkowe informacje z popołudniówek.

Statystyk ująłby to tak: próbka internetowa nie jest reprezentatywna dla całości populacji. Widać to każdorazowo w sondach, które zamieszcza Onet.pl lub Wirtualna Polska.

Odpowiedzi świadczą o mocnym skrzywieniu czytelników w stronę szeroko pojętych wartości liberalnych. Można nawet stworzyć miarę, nazwijmy ją deltą internetową. Wystarczy zadać to samo pytanie, np. "Czy jest pan/pani za..." i zmierzyć różnicę w odpowiedzi na tzw. reprezentatywnej próbie społecznej oraz w Internecie.

Owa miara niereprezentatywności populacji internetowej (tytułowa delta internetowa) to bardzo ważny parametr, który odpowiada na istotne pytanie: jak dalece Internet jest elitarny? W wysoko zinformatyzowanych społeczeństwach, jak np. skandynawskie czy koreańskie, będzie ona zmierzać do zera, ale u nas jest nadal wysoka.

Delta internetowa to jeden z powodów, dla których korporacje ostrożnie kierują swoje budżety reklamowe do nowych mediów. Firma analityczna TMS Media Intelligence szacuje łączne nakłady na reklamę w Internecie w USA na 4,7 mld dolarów. Dla porównania, telewizja "wzięła" z tej puli łącznie 28,1 mld (dane zahttp://www.tns-mi.com/news/09062006.htm). Większa swoboda internauty w omijaniu reklam oraz konserwatyzm agencji marketingowych nie tłumaczy tak wielkiej różnicy - Internet ma aż 70% penetrację na rynku amerykańskim ( dane zahttp://www.internetworldstats.com/top20.htm ).

Pozwolę sobie teraz na prognozę. W średnim okresie, w miarę wzrastania penetracji Internetu (z obecnych 30% w Polsce do co najmniej 70%, jak w krajach rozwiniętych ), delta internetowa będzie maleć - przeciętny internauta będzie coraz bardziej podobny do przeciętnego Kowalskiego. Towarzyszyć będzie temu upowszechnienie się w Sieci treści prostych, bazujących na obrazie i emocjach. Polecam serwis Pudelek.pl jako pioniera gatunku.

W długim okresie zaobserwujemy "cyfrowe wykluczenie" a` rebours - coraz więcej "śmiecia" w Internecie oraz intensywniejsze możliwości personalizacji przekazu, który dociera do internauty, coraz bardziej wyobcują go z otoczenia. W pierwszym rzędzie "wykluczą się" osoby najbardziej świadome i o największej sile nabywczej. Co wtedy się stanie - nie mam pojęcia, ale na miejscu reklamodawców już zacząłbym się martwić, czy zdołam do nich dotrzeć.


TOP 200