Czekolada ojca Nicanora

Bank, w którym posiadam konto, w interesujący sposób postanowił się zabezpieczyć przed efektem millennium. Wydając mi w marcu nową kartę płatniczą, określił jej ważność tylko do końca tego roku (a nie, jak to się dzieje zazwyczaj, na dwa lata). W specjalnym liście poinformowano mnie, że z początkiem 2000 r. zostanie mi wydana karta z dwuletnią ważnością.

Bank, w którym posiadam konto, w interesujący sposób postanowił się zabezpieczyć przed efektem millennium. Wydając mi w marcu nową kartę płatniczą, określił jej ważność tylko do końca tego roku (a nie, jak to się dzieje zazwyczaj, na dwa lata). W specjalnym liście poinformowano mnie, że z początkiem 2000 r. zostanie mi wydana karta z dwuletnią ważnością.

Jestem pełen podziwu dla zastosowania doskonale znanej informatykom metody "wyjść i wejść" na usłudze bankowej. Niepokoi mnie tylko trochę, czy jutro bank nie postanowi z tego samego powodu z końcem grudnia zamknąć moje konto, a w styczniu otworzyć nowe. Pewnie kazaliby mi przed zamknięciem spłacić kredyt, a to już nie byłby dobry pomysł.

Tymczasem NIK skontrolowała polskie urzędy centralne i doszła do wniosku, że "jest źle, ale mogło być gorzej". Budująca to opinia, szczególnie gdy pamięta się, że przedsiębiorstw nikt nie skontrolował i tylko akcjonariuszy boli głowa o to, czy jedna albo druga instytucja będzie musiała zainaugurować rok przymusowym, tygodniowym przestojem. Dla niektórych zresztą nie będzie to nic niezwykłego. Część banków już raz przećwiczyła taki scenariusz przy okazji zmiany numeracji kont.

Po cichu myślę sobie, że planowe działania w celu zabezpieczenia się przed błędem daty mogą nie mieć większego znaczenia. O ile można przewidzieć jego skutki w obrębie firmy, o tyle nie sposób zabezpieczyć się przed zaburzeniami wywołanymi nieprzystosowaniem się innych, współpracujących przedsiębiorstw i instytucji. Żyjemy w gospodarce globalnej, a złożoność powiązań między jej podmiotami jest niemożliwa do ogarnięcia. Co z tego, że nasze przedsiębiorstwo zabezpieczyło bazy danych, sieć komputerową i systemy alarmowe, skoro ludzie mogą po prostu nie dotrzeć do pracy, bo kolej ich nie dowiezie. Redakcja dziennika może złożyć nowy numer gazety, a drukarnia go wydrukować, tylko zamki elektroniczne do garaży zawiodą i firmy kolporterskie nie będą go mogły rozwieźć do kiosków.

Prasa narzeka, że organizacje nadal nie rozumieją wagi problemu. Myślę, że nie o rozum i rozumienie tu chodzi. Kiedy świat zwariował na punkcie dziury ozonowej, na okularach przeciwsłonecznych, a nawet koszulkach można było znaleźć nalepki 100% UVA protection (nawiasem mówiąc, arkusze takich naklejek można było kupić na każdym bazarze). Niedawno zaobserwowałem na telefonie komórkowym naklejkę Tested Y2K Compatible. I tak to z technicznego problemu spowodowanego przez informatyków zrobił się element pop-kultury. Już dziś Y2K znalazł się w powszechnej świadomości gdzieś w towarzystwie przepowiedni Nostradamusa, rysunków z Nazca i efektu cieplarnianego. Cóż, nadchodzi era Wodnika.

W powieści Sto lat samotności Gabriel Garcia Marquez opisuje, jak proboszcz Macondo motywował swoich krnąbrnych parafian do budowy nowego kościoła: "Chłopiec pełniący funkcję ministranta przyniósł filiżankę gęstej i parującej czekolady, którą on wypił jednym tchem. Potem wytarł usta chusteczką wyjętą z rękawa, rozpostarł ręce i zamknął oczy. I wtedy ojciec Nicanor uniósł się kilkanaście centymetrów nad ziemię".

Proponuję więc adekwatny sposób motywowania zarządów do podjęcia działań w sprawie efektu millennium. Do wykorzystania przez tych konsultantów ds. roku 2000, którzy narzekają na brak świadomości zagrożenia wśród swoich klientów. Zamiast więc bezproduktywnie tracić czas na monitowanie zarządów za pomocą listów, zestawień, analiz, raportów itp., może lepiej zacząć warzyć czekoladę wielebnego ojca Nicanora.