Czekając na nauczyciela

Mój internetowy przyjaciel Janek urodził się w USA, gdzie jego rodzice przebywali na stypendium doktoranckim. Ponieważ nie stać ich było na ubezpieczenie, Janek przyszedł na świat w szpitalu finansowanym przez organizacje dobroczynne i stanowe programy socjalne.

Mój internetowy przyjaciel Janek urodził się w USA, gdzie jego rodzice przebywali na stypendium doktoranckim. Ponieważ nie stać ich było na ubezpieczenie, Janek przyszedł na świat w szpitalu finansowanym przez organizacje dobroczynne i stanowe programy socjalne.

Szczęśliwą mamę Janka przy wypisie ze szpitala pytano o liczbę lat nauki, jakie ma za sobą. Szybko policzyła więc: osiem lat szkoły podstawowej, cztery średniej, pięć lat studiów magisterskich, dwa już odbyte doktoranckich - razem dziewiętnaście. "Nie, nie" - przecząco pokręciła głową siostra przełożona, słysząc tę informację i sądząc, że młoda mama z dalekiego kraju ma kłopot z angielskim - "Moje dziecko, nie pytam ile ty masz lat, a ile lat się uczyłaś!". Nie dogadały się w końcu, bo pielęgniarce ze szpitala dla murzyńskiej i latynoskiej biedoty nie mieściło się w głowie, że biała dziewczyna, która uczyła się tyle lat, może rodzić w takim miejscu.

Historia ta, skądinąd zabawna, zwraca nam uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz: absurdalną długość nauki we współczesnym świecie. Żyjemy w kraju, gdzie około połowy młodych ludzi robi takie czy inne studia wyższe, a większość - przynajmniej szkołę pomaturalną czy jakieś kursy na poziomie półwyższym. Nauka zajmuje więc ok. 17 lat życia. Dodajmy do tego, że jedynie ok. 50% osób w tzw. wieku produkcyjnym pracuje, a bardzo wiele osób uzupełnia wykształcenie już w wieku dojrzałym, czy to przez dodatkowe studia, czy to przez regularne szkolenia i kursy. I tak dochodzimy do dość zaskakującej konkluzji: statystycznie ludzie dłużej się uczą niż korzystają z efektów tej nauki. Czy to na pewno jest normalne?

Gdy przypomnę sobie swoje lata szkolne i studenckie, mogę śmiało stwierdzić, że liczba czasu spędzanego w rozmaitych szkołach w dość niewielkim stopniu przekładała się na efekty tej nauki. Bardzo wielu bardzo ważnych dla mnie rzeczy nauczyłem się obok szkoły albo wręcz wbrew niej. Na przykład moja polonistka przez trzy lata usiłowała mi wpoić, jak pisać w sposób schematyczny, nudny i bezbarwny, czego na szczęście nie udało jej się doprowadzić do końca. Żeby nie było nieporozumień: nie zależy mi, by negatywnie oceniać moich nauczycieli; nie uważam też, że należy skracać naukę. Ale nie ma sensu dalsze jej wydłużanie bez istotnej poprawy efektywności!

Z wielkim niepokojem obserwuję, że wszelkie reformatorskie zapędy naszych luminarzy oświaty idą w kierunku zwiększania obciążenia nauką w sensie ilościowym, nie zaś jakościowym. Wydaje mi się to równie sensowne jak zwiększanie wytopu stali w Chinach za czasów Wielkiego Skoku, najlepiej opisane w znakomitej książce Jung Chang Dzikie Łabędzie.

Wydaje mi się, że komputery i Internet są nadal nierozpoznanym rezerwuarem efektywności nauki. Dziś objawia się to przez dość proste kursy online. Ale technologie informatyczne pozwalają na znacznie więcej: dzięki multimediom potrafią stwarzać całe światy, dzięki interaktywności mogą uczyć bawiąc, zaś adaptywność pozwala dostosować tempo nauki do indywidualnych potrzeb i możliwości ucznia. Ostatnio nawet udaje się do kursów wprowadzić postać wirtualnego nauczyciela - co wydaje się bardzo dobrym pomysłem, bo więź między nim a uczniem nadal jest bardzo istotnym warunkiem efektywnej nauki.

Głęboko wierzę, że informatyka może odegrać w tym dziele bardzo ważną, wręcz kluczową rolę. Wymaga to jednak tego, by w środowisku pedagogicznym znalazł się ktoś zupełnie "nie z tej bajki" - ktoś taki, jak biała doktorantka z Polski rodząca w darmowym szpitalu w USA.


TOP 200