Czas się żegnać?

Muszę coś zmienić w mojej manierze tytułowania felietonów, gdyż kolejny już raz przychodzi mi zaczynać pisanie od tłumaczenia, czego tytuł felietonu nie oznacza.

Muszę coś zmienić w mojej manierze tytułowania felietonów, gdyż kolejny już raz przychodzi mi zaczynać pisanie od tłumaczenia, czego tytuł felietonu nie oznacza.

Tym razem nie oznacza on zamiaru sprawiania przyjemności tym z czytelników, którzy chętnie widzieliby moje zniknięcie z tego miejsca. Nie jest to również wezwanie do nagłego okazywania tzw. bojaźni Bożej w obliczu zagrożenia kataklizmem wojennym, którego brak był największym dobrem całego życia większości z nas.

Tytułowe pytanie dotyczy zaś niby drobiazgu, ale drobiazgu, którego istnienie jest tak oczywiste dla wielu użytkowników komputerów osobistych, że ani go nie zauważają, ani o nim nie myślą. Drobiazg ten to urządzenie zwane napędem dyskietek - błędnie, bo nie o napęd tam idzie, lecz o zdolność do zapisywania i odczytania tego, co zostało kiedyś zapisane. Nie ma pewno wśród nas nikogo, kto nie doświadczył boleśnie niespełnienia właśnie tego drugiego aktu.

Ileż to razy przyszło nam krążyć od komputera do komputera w nadziei, że jednak gdzieś da się to odczytać i uratować często wielogodzinny wysiłek, niefrasobliwie powierzony ulotnej, jak się okazywało, pamięci dyskietki. Szczytem tej niefrasobliwości było dla mnie zdarzenie z udziałem pewnego informatycznego guru. Przybył on zza Oceanu do nieznanego mu bliżej kraju nad Wisłą z jedną tylko dyskietką, na której miał jedyną kopię prezentacji, która miała przybliżyć jego wystąpienie słuchaczom. Dalszego ciągu dodawać nie potrzeba.

Producent komputerów z jabłuszkiem pozbył się urządzenia, którym się tu zajmujemy, bodaj w roku 1998. Nie ma go już również w wielu modelach komputerów łatwo przenośnych (dodaję "łatwo", gdyż przenosić daje się każdy komputer osobisty). Teraz podobny krok zamierza uczynić jeden z czołowych dostawców tego sprzętu.

Na otarcie łez za tę samą cenę zamierza on proponować poręczną i - a jakże - przenośną pamięć typu flash, o wielkości zapalniczki i pojemności szesnastu megabajtów. Pamięć ta jest postrzegana przez komputer jako dysk poprzez łącze USB.

Zamiast dyskietki, która bywała jednak ostatnią deską ratunku w przypadku awarii dysku stałego, przejściowo będzie oferowana specjalna płyta CD. Potem uruchamianie komputera ma być możliwe również ze wspomnianej pamięci flash.

To ostatnie zaś jest powodem do zadania sobie pytania, czy chociaż raz okażemy się mądrzy przed szkodą. Jak pamiętamy, niewielka dyskietka, a właściwie jej fragmencik zwany zapisem rozruchowym był wielokrotnie wykorzystywany jako środek przenoszenia wirusów z komputera do komputera. Mimo że obecnie Sieć nadaje się do tego celu znacznie lepiej i nieprawdopodobnie przyspiesza tempo "zarażania", nie można przecież wykluczyć, że liczba megabajtów dostępnych w pamięci flash i szybkość jej działania okażą się atrakcyjne dla tych, których nudzą już kolejne mutacje robactwa sieciowego. A atakować przez USB jeszcze im się nie zdarzyło.

Wydaje się jednak, że obecne dyskietki pożyją jeszcze długo. Znacznie dłużej niż ich poprzedniczki. A - przypomnijmy - były to najpierw dyski 8", po których przyszły mniejsze, mające tylko pięć i ćwierć cala średnicy, początkowo w wersji o pojemności 360 KB, a później aż 1,2 MB. Wraz z pojawieniem się dyskietek 1,4 MB zamkniętych w sztywnej obudowie "utraciły" one elastyczność - cechę, od której pochodziła ich nazwa.

I tak jest do dziś.

I to ma już być koniec?

Nie wierzę w to. Uczestniczyłem ostatnio w prezentacji, podczas której jeden z dwóch obecnych tam komputerów (łatwo) przenośnych nie bardzo miał ochotę współpracować z projektorem. Sprawę rozwiązała twierdząca odpowiedź na pytanie, czy może ktoś z obecnych ma pustą dyskietkę.