Czarna płyta

Gdy tylko wyzwolić się od czytania i słuchania niebotycznie rozdętych, podobno ważnych, wiadomości i komentarzy bieżących (patrz poprzedni felieton), człowiekowi wydaje się, że ma mnóstwo czasu, więc musi coś zrobić, by go nie mieć.

Gdy tylko wyzwolić się od czytania i słuchania niebotycznie rozdętych, podobno ważnych, wiadomości i komentarzy bieżących (patrz poprzedni felieton), człowiekowi wydaje się, że ma mnóstwo czasu, więc musi coś zrobić, by go nie mieć.

Jedna z możliwości, to nie robić nic, co jednak szybko staje się bardziej jeszcze męczące, niż oglądanie programu na tematy bieżące w telewizorze. Inna możliwość, to zajęcie się czymś takim, co od dawna zamierzaliśmy zrobić, ale jakoś nie było na to czasu i woli, albo jednego i drugiego.

W moim przypadku jest to kolekcja czarnych płyt gramofonowych, od nazwy tworzywa z którego są zrobione, zwanych winylowymi. Są pośród nich egzemplarze unikatowe, których zapewne nigdy nie wydano później na płytach CD.

Cała aparatura do ich słuchania jest ciągle w gotowości, ale nie była używana już chyba kilka lat. Bo to zajęcie bardzo kłopotliwe: najpierw trzeba właściwą płytę odnaleźć, potem wykonać te wszystkie czynności przygotowawcze, kończące się opuszczeniem igły na płytę. Czynności, które trzeba powtórzyć przy odwróceniu płyty na drugą stronę. A potem trzeba jeszcze zapakować ją w kopertę ochronną i - następnie - w ozdobną, i - w końcu - odłożyć na miejsce, by, przy następnej okazji, było wiadomo, gdzie ją znaleźć.

W sumie więc, przyjemność słuchania przez jakieś 40 minut jest okupiona czynnościami manualnymi, które razem zajmują tych minut co najmniej kilka. Gdy czyni się to raz w miesiącu, albo jeszcze rzadziej, to sama przyjemność i okazja do celebracji nawet. Gdy jednak czynić to ad hoc i jeszcze mieć ochotę na posłuchanie po jednym utworze po każdej stronie, robi się z tego horror.

Jak wygodnie więc byłoby mieć to wszystko zapisane w komputerze, poukładane w odpowiednich przegródkach i szufladkach. - Piosenki z tekstami Przybory? - Proszę bardzo. Wszystkie wykonania arii Skołuby? - Jest pięć. Oto one.

- Cała płyta Abbey Road? - Już się robi...

Aby jednak osiągnąć tak komfortowy stan, trzeba włożyć w to najpierw całkiem sporo pracy. A pracować można pod warunkiem, że posiada się do tego sporo specjalistycznego oprogramowania, które jeszcze - ale to już zupełny drobiazg - trzeba umieć fachowo obsługiwać, co obejmuje trochę więcej, niż sprawne klikanie na wybranych miejscach.

Kalkulacja czasowa wygląda tak: od kąpieli usuwającej trwale zaległy na płycie brud, do kontrolnego przesłuchania nagrania po wszystkich korektach, normalizacjach, usuwaniu trzasków itp., może to zająć calutki dzień pracy nad jedną płytą. Dalej rachunek jest prosty: 250 płyt, to 250 dni, czyli - licząc tylko dni robocze - cały rok pracy! (i to bez - gdyby kto chciał - nagrywania tego wszystkiego na płytach CD).

Może ktoś zapytać - a co z objętością takich nagrań? Jeżeli komuś nie zależy specjalnie na jakości (a na czarnej płycie, nawet trzaski, byle umiarkowane, mają swój urok!), to może zaoszczędzić sporo, sprowadzając wszystko do formatu MP3. Jeżeli jednak obstaje się przy tzw. formatach bez straty, czyli WAV albo CD-DA (ten ostatni, gdy zamierza się zapisywać CD do niezależnego od komputera odtwarzania), to sprawa robi się poważna: minuta nagrania stereo może zająć i kilkanaście megabajtów. Dwustupłytowa kolekcja to już spory dysk, a dysk - wiadomo - może niespodziewanie odmówić działania, więc, by pół roku żmudnej pracy nie poszło na marne - drugi dysk na kopię.

A nie wspominam tu o sprawach oczywistych: odpowiednia karta dźwiękowa, kable, wzmacniacze, wkładki do gramofonu, spokojne (bez wibracji) miejsce do pracy i ileś tam programów do rejestracji i obróbki dźwięku.

Sprawa wygląda na kiepską. O tym jednak, że może nie być beznadziejna - za tydzień.


TOP 200