Coś na po wakacjach

Wiele chyba już razy przywoływałem w tym miejscu wakacyjną lekturę sprzed kilku lat, czyli książeczkę "Witaj lenistwo", w której autorka, Corinne Maier, dowcipnie puentując zwyczaje panujące w niektórych korporacjach pokazała, jak przetrwać w takich warunkach nie robiąc w istocie nic, poza umiejętnym wpisywaniem się w pewne obowiązujące w takich środowiskach rytuały i zwyczaje.

Wiele chyba już razy przywoływałem w tym miejscu wakacyjną lekturę sprzed kilku lat, czyli książeczkę "Witaj lenistwo", w której autorka, Corinne Maier, dowcipnie puentując zwyczaje panujące w niektórych korporacjach pokazała, jak przetrwać w takich warunkach nie robiąc w istocie nic, poza umiejętnym wpisywaniem się w pewne obowiązujące w takich środowiskach rytuały i zwyczaje.

Charakterystyczną cechą tych rytuałów jest język - nawet mądre i znaczące wystąpienia i wypowiedzi, w których nie ma pewnych haseł czy zwrotów, przechodzą niezauważone, podczas gdy pustosłowie nimi naszpikowane często robi wrażenie. Zasada ta dotyczy, zresztą, nie tylko oficjalnych wypowiedzi wygłaszanych z wysokich korporacyjnych trybun - czegoś takiego można posłuchać także na wielu konferencjach i seminariach oraz znaleźć na licznych stronach internetowych. Zjawisko to nie omija też niektórych wystąpień akademickich i przenika nawet do swobodnych rozmów, zazwyczaj z udziałem świeżych adeptów i gorliwych, chociaż powierzchownych, wyznawców najnowszych dogmatów biznesu.

Sięgając po pierwszy lepszy przykład - do terminów takich należy powszechnie nadużywana "przewaga konkurencyjna", z jej tysięcznymi kombinacjami (zdobywanie, utrzymywanie itp.). Podobnie szafuje się "globalizacją" (doba globalizacji, procesy globalizacji itd.).

W ogólności sformułowania takie mają swe właściwe znaczenia, które wcale nie są puste, chodzi jednak o to, że nadużywa się ich w przekonaniu, że samo już ich przywołanie winno rzucać słuchaczy na kolana i być objawieniem nie do zakwestionowania. Posługiwanie się nimi, i to możliwie gęste, ma też dowodzić, że przemawiający jest na bieżąco z tym, co w biznesie i informatyce najnowsze. A - niestety - jakże często dowodzi tym czegoś zupełnie przeciwnego, tego mianowicie, że cała ta jego orientacja to tylko umiejętność żonglowania tymi kilkunastoma terminami. Nadmiar takich terminów potrafi zepsuć nawet, skądinąd, dobre wystąpienie.

Publiczność w takich sytuacjach na ogół ma ograniczone możliwości wyrażenia tego, co o tym myśli, więc pokornie milczy i czeka na koniec, zajmując się tym, co kto ma, w czym bardzo pomocne bywają najnowsze gadżety techniczne.

Nie wiem, kto pierwszy wpadł na pomysł kontestowania takich wystąpień, ale jest on i zabawny i pouczający, i - jak utrzymują niektórzy -bywa skuteczny. Polega on na zabawie w swoiste bingo, gdzie na kartce w pięciu wierszach i tyluż kolumnach zapisuje się własną kolekcję takich wyrażeń i następnie skreśla je, w miarę jak pojawiają się w trakcie wystąpienia.

W wersji radykalnej, po zakreśleniu piątki w pionie, poziomie lub po przekątnej należy wstać i krzyknąć: "Bingo! Bzdury!". W wersji łagodniejszej można to uznać za sygnał do czynnej ochrony własnego zdrowia psychicznego i zajęcia się czymkolwiek innym - od korzystania z internetu po śledzenie lotu muchy pod sufitem.

Kilka gotowych wzorców można znaleźć pod adresemhttp://www.bullshitbingo.net , z łatwością można też znaleźć w internecie gotowe programy do tej zabawy, z możliwością wyboru dziedziny, urządzenia, a nawet liczby wierszy i kolumn. Nie wszystkie terminy angielskie dają się bezpośrednio przenieść do polskich realiów, ale są już też wersje w innych językach. Co do samych terminów - moimi faworytami są: wspomniana "globalizacja", "orientacja na cele" (czy to w ogóle po polsku?), "szybkie efekty" (quick wins) oraz bardzo techniczny "kokpit menedżerski".

Zdaję sobie sprawę, że wymaga to wielkiego poświęcenia i determinacji nawet, ale najlepszy sposób na stworzenie własnej kolekcji takich terminów, to notować czytając i słuchając. Po wakacjach będzie jak znalazł.


TOP 200