Coraz wcześniejsza emerytura

Wopowiadaniach przedwojennych radioamatorów jedno się powtarza - lampa radiowa kosztowała wtedy majątek. Przez długie lata po wojnie radio, nawet legendarny "Pionier", też nie było tanie. Gdy nastała telewizja, często telewizor w wiejskiej klubokawiarni "Ruchu" był przez lata jedynym w całej wsi. Każde urządzenie naprawiało się tak długo, aż się nie rozpadło...

Wopowiadaniach przedwojennych radioamatorów jedno się powtarza - lampa radiowa kosztowała wtedy majątek. Przez długie lata po wojnie radio, nawet legendarny "Pionier", też nie było tanie. Gdy nastała telewizja, często telewizor w wiejskiej klubokawiarni "Ruchu" był przez lata jedynym w całej wsi. Każde urządzenie naprawiało się tak długo, aż się nie rozpadło...

Aż, gdzieś w drugiej połowie lat 70., coś się zmieniło. Nagle, oddając działający jeszcze telewizor, w zamian taniej można było kupić nowy... Pojawił się problem, co robić z tysiącami starych? Ponieważ znaleźli się cwaniacy, próbujący wtórnego obrotu oddanymi telewizorami bądź chociażby wydartymi z ich wnętrza częściami, sięgnięto po pomoc armii, która gąsienicami czołgów cierpliwie i pracowicie wgniatała niepotrzebne już w poligony.

Obecnie, na co sformułowano nawet prawo, co kilkanaście miesięcy pojawia się nowa generacja urządzeń elektronicznych, a w tym i komputerów. Resztę załatwia marketing i reklama, usiłując nam wmówić, że jesteśmy kimś gorszym, jeżeli nie mamy tego i tamtego albo ze wzglę- du na to, że mamy tylko to, co mamy. A powinniśmy przecież już mieć komputer z wodotryskiem i telewizor z dopalaczem, bo przecież takowe istnieją. Posłuszni reklamie, nie chcąc pozostawać obywatelami gorszej kategorii, spinamy się i sprężamy, i posłusznie kupujemy to, co akurat jest en vogue. Radio, telewizor, kompu- ter, samochód...

Co jednak zrobić z tym, co nam pozostaje, a jest już zbyteczne, chociaż nadal działa?

Duże komputery sprzedawało się kiedyś za wcale niemałe pieniądze do odzysku złota ze styków. Nabywca zobowiązywał się wówczas do tzw. ekologicznej likwidacji całości. Nikt się nie zastanawiał, co to miało znaczyć. Ważne było pozbycie się problemu, który na ogół zresztą w całości wywożono z kraju.

Dziś jednak tylko w Stanach Zjednoczonych każdego roku na złom trafia ok. 11 mln komputerów. A w każdym komputerze znajdzie się połowa tablicy Men- delejewa, a może i więcej pierwiastków. Przeciętny kineskop ekranowy zawiera do kilku kilogramów ołowiu, a cały zestaw komputera osobistego - kilkanaście kilogramów tworzyw sztucznych, materiałów izolacyjnych, farb i lakierów. Dalej idą przewody elektryczne, stopy metali i zwykłe żelastwo.

Nie lubię długiego czytania na ekranie, więc stosunkowo dużo drukuję, aby czytać to później w pozycji nieosiągalnej przed komputerem. Każdego roku efektem tego jest kilka zużytych kaset na toner (a każda z nich to właściwie spory, złożony podzespół drukarki). Każda nowa, oryginalna kaseta ma ulotkę z adresami w różnych krajach, pod które można bezpłatnie odesłać starą w celu ekologicznej likwidacji. Naszą część Europy reprezentuje tam tylko Republika Czeska. U nas są za to firmy, które przy zakupie kasety regenerowanej, znacznie tańszej od oryginału, zabierają pustą kasetę - jak twierdzą - do ponownego napełnienia. Po kilku próbach tego rodzaju sądzę jednak, że dla niektórych z nich względy ekologiczne to tylko pretekst do sprzedania swych produktów naśladujących oryginały. Co się tam naprawdę dzieje z zużytymi kasetami, nie wiadomo.

W każdym razie w wielu krajach ekologiczna likwidacja takich kaset jest faktem. U nas zaś - co pokazała ostatnio telewizja - do zbiórki pustych kaset zabrały się domy dziecka, zyskując na tym ponoć nieco grosza (co znaczyłoby, że ktoś to jednak kupuje).

Tak czy inaczej - gdzie indziej postępowanie z zużytymi kasetami do drukarek to zaplanowany proces, u nas mają to załatwić dzieci. Nie pamiętamy, że mamy przecież jeszcze jakieś czołgi.


TOP 200