Cool biz

Sam należę do tej, niezbyt licznej, grupy osobników, którzy na lato najchętniej przeprowadzaliby się do Północnej Norwegii czy na Islandię. A to z tej prostej przyczyny, że organizm mój nie bardzo toleruje upały. Nie oznacza to jednak zaraz, że przepadam za zimnem.

Sam należę do tej, niezbyt licznej, grupy osobników, którzy na lato najchętniej przeprowadzaliby się do Północnej Norwegii czy na Islandię. A to z tej prostej przyczyny, że organizm mój nie bardzo toleruje upały. Nie oznacza to jednak zaraz, że przepadam za zimnem.

Wychodzę po prostu z założenia, że przed chłodem można się jakoś zabezpieczyć, chociażby przez stosowny ubiór, a znacznie trudniej poradzić sobie z upałem. Zresztą w moim przypadku tak się akurat złożyło, że od bez mała trzydziestu lat, z krótkimi przerwami, pracuję w pomieszczeniach klimatyzowanych, gdzie zimę od lata trudno odróżnić.

Inaczej jednak sprawa wygląda z punktu widzenia samej klimatyzacji - zimą wszystko jej sprzyja i pomaga: w podnoszeniu temperatury powietrza uczestniczy przecież oświetlenie, przykładają się do tego komputery i inne podobne urządzenia, a także - sami ludzie. Latem wszystko jest przeciw niej, bo wymienione czynniki działać nie przestają, a upał z zewnątrz dociera przez mury i dachy oraz z dobieranym świeżym powietrzem.

W krajach, w których urządzenia klimatyzacyjne są bardzo szeroko stosowane, odwróciło to nawet tradycyjne proporcje zużycia energii elektrycznej: jest ono tam znacznie większe latem niż zimą, bo pożerają ją właśnie pracujące ciężko urządzenia klimatyzacyjne.

Każdy stopień temperatury w pomieszczeniach w dół oznacza spore zużycie energii, co powoduje również większą emisję gazów z kominów elektrowni do atmosfery. To zaś przekłada się na zjawisko stałych i coraz bardziej dla nas niekorzystnych zmian klimatycznych.

Paradoksalnie więc zmiany te są po części ceną, jaką płacimy za komfort pracy w warunkach sztucznie utrzymywanych na tym samym poziomie przez okrągły rok. Można by sądzić, że skoro popadliśmy w aż takie i kolejne uzależnienie od działania urządzeń technicznych, to niewiele można tu już zmienić.

Interesujące dla jednych, dla innych zaś aż bulwersujące wyjście z tej sytuacji próbuje znaleźć Japonia, a związana z tym inicjatywa pochodzi od samego premiera tego kraju. Proponuje on otóż podniesienie, na okres lata, temperatury w klimatyzowanych pomieszczeniach w przedsiębiorstwach i instytucjach ze zwyczajowych 21-22 do 28 aż stopni. Dla zachowania delikatnej, chociaż nadal jednak sztucznej, równowagi, proponuje się tam, aby, znów tylko na okres lata, pracownicy zrezygnowali z noszenia służbowych mundurków, czyli garniturów, zapinanych pod szyję koszul i uszczelniających je krawatów.

Ponieważ jednak w Japonii nie przyjmie się nic, czego nie robi góra, przykład takiego zachowania daje sam premier, a szefowie wielkich firm występują podobno w zreformowanych strojach, prezentując je nawet na wybiegach pokazów mody.

Brytyjscy producenci garniturów już przed paru laty narzekali, że ludzie coraz częściej pracują w domach, do czego nikt przecież nie wbija się w garnitur i nie zaciska krawata na ciasno zapiętym kołnierzyku. Teraz ucierpieć mogą krawcy japońscy.

A jaki dylemat będą mieli prezesi i szefowie na całym świecie: może jednak złagodzić, przesadne często, firmowe rygory, zamieniając je na niemałe oszczędności? Ba - w ten sposób nie tylko można obniżyć tak nielubiane koszty, ale zyskać jeszcze przy okazji (i za darmo!) chwałę przyjaciela środowiska...

Propagowany przez Japończyków styl potocznie określa się mianem "cool biz", co niewiele jakoś ma wspólnego z podwyższoną temperaturą w miejscach, gdzie ten "biz" się uprawia. Teraz, jeżeli japońska inicjatywa się powiedzie, rzesze pracowników z całego świata zaczną zadawać pytanie: skoro można latem, to jaka różnica zimą? Nie wątpię, że w pierwszym szeregu pytających najbardziej liczni i głośni będą informatycy.