Co mówimy o sobie samych?

Ostatnimi czasy (co trwa już ponad dwa lata) rzadko bywam w Stolicy, a gdy już tam jestem, niezmiernie rzadko korzystam z taksówek. Bierze się to z tego, że miejsca, które przychodzi mi tam odwiedzać, znajdują się w odległości 15-20 minut spaceru od Dworca Centralnego.

Ostatnimi czasy (co trwa już ponad dwa lata) rzadko bywam w Stolicy, a gdy już tam jestem, niezmiernie rzadko korzystam z taksówek. Bierze się to z tego, że miejsca, które przychodzi mi tam odwiedzać, znajdują się w odległości 15-20 minut spaceru od Dworca Centralnego.

Gdy jednak niedawno taksówka była mi potrzebna, zdziwiłem się nieco, gdy pani po drugiej stronie telefonu zidentyfikowała moje nazwisko. Nie była to jeszcze odzywka w stylu: - Dzień dobry panie P., w czym mogę pomóc?, lecz skromna prośba o potwierdzenie nazwiska, już po zamówieniu usługi.

We własnym, wewnętrznym dochodzeniu wykoncypowałem, że przecież telefon był służbowy, więc przydziału numerów poza pracodawcą nie zna nikt, nawet operator sieci. Zacząłem więc dochodzić, kiedy to ostatni raz jechałem w Warszawie taksówką, przy zamawianiu której, dla identyfikacji, mogłem podać nazwisko, co skrzętnie zostało odnotowane i tkwiło w komputerowych rejestrach aż do dnia, o którym mowa. Wyszło mi, że z pewnością było to więcej niż przed rokiem.

W większości banków można żądać nieprzysyłania wyciągów z rachunku na adres domowy. Z możliwości tej najczęściej korzystają ludzie starzy. Powodem jest obawa o swe, nikłe często, oszczędności całego życia. Dla ludzi tych posiadanie rachunku w banku zawsze stanowiło coś niezwykłego, co było udziałem jedynie osób zamożnych. W ich mniemaniu już sama koperta z banku może zostać odczytana przez postronnych jako dowód zamożności i sygnał do bliższego zainteresowania się adresatem przez osoby o niecnych zamiarach.

Zdarzyło mi się, co najmniej kilka razy, otrzymać tzw. drogą elektroniczną, czyli w postaci załącznika do przesyłki poczty elektronicznej, takie oficjalne pismo, sporządzone na komputerze edytorem MS Word, w którym, po włączeniu podglądu poprawek, widać było wiele interesujących rzeczy.

Czasem były to nazwy i adresy innych adresatów tego samego pisma, czasem ostre sformułowania, które w ostatecznej wersji złagodzono.

Kilka razy były to oferty, w których z łatwością można było znaleźć inne, oferowane wcześniej komu innemu, ceny i warunki.

Nie jest to jedyne ryzyko związane z wysyłaniem tekstów zapisanych edytorem MS Word pocztą elektroniczną. Dokument taki, poza tekstem i ewentualnie jego wcześniejszymi wersjami, może zawierać (i zazwyczaj zawiera) również: imię i nazwisko ostatniego autora, nazwę firmy (jeżeli dokument powstał na komputerze firmowym), nazwę komputera, nazwę serwera sieciowego lub dysku, na którym dokument został zapisany, fragmenty obiektów OLE, nazwiska poprzednich autorów dokumentu, liczbę wersji dokumentu, informacje o użytym szablonie, tekst ukryty, makroinstrukcje i jeszcze kilka innych informacji. Sporo, jak na jeden, jedyny dokument.

Pozostaje pytanie, czy i jak można się tego pozbyć i jak być pewnym, że zastosowana metoda jest skuteczna. Najlepszym sposobem jest... przejście na format PDF dla wszystkich dokumentów wysyłanych na zewnątrz.

Innym sposobem jest pracowite, ręczne wyłączanie zapisywania wspomnianych danych wraz z dokumentami. Instrukcja, jak to wykonywać, to 12 stron tekstu dostępnego pod adresem:http://support.microsoft.com/default.aspx?seid=kb;en-us;290945

Jeżeli komuś zależy na automacie (i większej pewności), może skorzystać z gotowych, przeznaczonych do usuwania tych metadanych, programów. Są to m.in. iScrub (http://www.esquireinnovations.com ), ezClean (http://www.kklsoftware.com ), Metadata Assistant (http://www.payneconsulting.com ) oraz Out-of-Sight (http://www.softwise.net ).

Kto, mimo wszystko, nie wierzy, niech obejrzy jakiś dokument MS Word jakimkolwiek edytorem pokazującym zawartość pliku bajt po bajcie.

Interesująca lektura.