Chi... hi...

Jeszcze przed Gwiazdką, w przeddzień mojego powrotu z Irlandii, na pierwsze strony tamtejszych gazet trafiła wiadomość, że szefowie irlandzkiego odpowiednika naszego Funduszu Zdrowia przyznali sobie nagrody roczne w łącznej wysokości ponad pół miliona euro.

Jeszcze przed Gwiazdką, w przeddzień mojego powrotu z Irlandii, na pierwsze strony tamtejszych gazet trafiła wiadomość, że szefowie irlandzkiego odpowiednika naszego Funduszu Zdrowia przyznali sobie nagrody roczne w łącznej wysokości ponad pół miliona euro.

Cała kwota nagród czyniła spore wrażenie, po wczytaniu się w szczegóły okazywało się jednak, że przeciętna indywidualna nagroda sięgała 5-10% rocznego wynagrodzenia, a najwyższa, w ujęciu kwotowym, to 13 tys. euro. Bardziej bulwersujący był fakt, że nagrody przypadły tam m.in. szefom kadr, finansów i informatyki, natomiast pośród wyróżnionych nie było ani jednego medyka.

Tak czy inaczej - nie można było nie mieć skojarzeń z naszymi sprawami krajowymi. W ich wir wpadłem zresztą natychmiast po powrocie, oglądając przepychanki sejmowe wokół sprawy rezygnacji posłów z nagrody rocznej, czyli tzw. trzynastki.

Już sama transmisja z obrad Sejmu była dla mnie czymś egzotycznym, gdyż normalnie nie mam okazji tego oglądać. Przyznaję, że było to nudne tak bardzo, jak tylko tego rodzaju dyskusja może być nudna i chyba tylko zmęczenie podróżą powodowało, że przez dłuższą chwilę nie chciało mi się ani zmienić kanału, ani wyłączyć tego w ogóle.

Do naszych posłów, zastanawiających się, jak by tu zabrać sobie i urzędnikom rządowym tę 1/13 wynagrodzenia, by pochwalić się przed ogółem współudziałem w ponoszeniu kryzysowych ciężarów, zdaje się nie docierać, że jest w Polsce, i to całkiem spora, grupa osób, zarabiających miesięcznie niemal tyle, co taki biedny poseł rocznie. A mam tu na myśli wyłącznie wynagrodzenia za pracę, a nie np. dochody właścicieli firm.

Nie piszę tego w charakterze donosu czy wezwania do oskubania tych, którzy takie zarobki mają, lecz by przypomnieć to, co podają liczne źródła nasze i obce, że mamy obecnie w Polsce chyba największy w Europie rozrzut między płacami najniższą a najwyższą.

Z zamiarem jednak, aby było lepiej (kwestię, komu ma tak być, chwilowo zostawiając na uboczu), wszyscy na świecie zdają się sięgać po wszelakie możliwe źródła oszczędności. Jak doniósł w połowie grudnia ComputerWeekly, czynią tak również banki, postrzegane zazwyczaj jako instytucje z istoty zasobne w fundusze. I tak np. Standard Bank, bank niemały, obecny w wielu krajach świata, miał, według tegoż tygodnika, zaoszczędzić jakieś 20 tys. funtów rocznie, wprowadzając system monitorowania i dopasowywania do bieżących potrzeb pasma w liniach teletransmisyjnych.

W informacji tej jednak coś mi nie gra. Każda obniżka kosztów jest dobra, ale dla dużej organizacji kwota rocznej oszczędności równa zarobkowi nisko kwalifikowanego pracownika z takiego samego okresu z pewnością atrakcyjna nie jest. I to z jednej prostej przyczyny: każde ograniczenie - w tym przypadku szerokości pasma - ma, od czasu do czasu, ale jednak, negatywne skutki. Biorą się one z tego, że takie ograniczające systemy nie są skłonne reagować szybko na chwilowe, ale za to znaczne, wzrosty potrzeb. Zamiast korzyści, skutkiem są wtedy ewidentne straty. I dlatego ten akurat przykład mnie nie przekonuje, a oszczędności wydają się iluzoryczne. No, chyba że ktoś pomylił się o rząd wielkości albo może i dwa...

Wróćmy jednak jeszcze i na koniec do sprawy zarobków: w święta, nadrabiając zaległości w lekturze, natrafiłem na artykuł, w którym przypominano dzieje naszych niedawnych organizacji opozycyjnych. Głównym postulatem jednej z nich było spłaszczenie różnic między najniższymi i najwyższymi zarobkami, które miały się wtedy do siebie jak jakieś - licząc już z pewną przesadą - 1:10.

Głośny, zaiste, musi być tzw. chichot historii.

Tylko, kto chce go słyszeć?


TOP 200