Byle nie do banku

Zajmowanie się pieniędzmi musi być bardzo przyjemną rzeczą. Jeszcze większa przyjemność czeka wtedy, gdy są to nasze pieniądze, a już w ogóle fantastycznie jest, gdy zajmujemy się dużymi pieniędzmi i są to nasze pieniądze.

Zajmowanie się pieniędzmi musi być bardzo przyjemną rzeczą. Jeszcze większa przyjemność czeka wtedy, gdy są to nasze pieniądze, a już w ogóle fantastycznie jest, gdy zajmujemy się dużymi pieniędzmi i są to nasze pieniądze.

Tak sobie wyobrażam, bo własnych pieniędzy nie mam za dużo. Muszę więc racjonalnie nimi gospodarować, co jednak traktuję nie jako przyjemność, a obowiązek. Z wielu sposobów lokowania nadmiarów gotówki wybieram tylko te, które dostępne są z domu. Słowem, chętnie korzystam z usług bankowych dostępnych przez telefon i Internet.

Gdy dowiedziałem się, że mogę w nowo powstałym dziale bankowości detalicznej otrzymać bardzo korzystny procent, postanowiłem otworzyć tam konto. Wypełniłem formularz dostępny w Internecie i po paru dniach przysłano mi umowę. Ponieważ mam paskudny zwyczaj dokładnego czytania wszystkiego, co podpisuję, starannie przeanalizowałem Regulamin otwierania i prowadzenia rachunków oszczędnościowych, który przysłano mi wraz z umową. Szczególne zainteresowanie wzbudził paragraf 14, w którym napisano: "Posiadacz rachunku, korzystając z komputera PC, za pośrednictwem sieci Internet może..." - i tutaj opis różnych czynności bankowych. Pełen niepokoju zadzwoniłem pod podany numer telefonu i poinformowałem, że w różnych miejscach zdarza mi się korzystać z Internetu za pośrednictwem komputerów iMac, unixowych stacji roboczych oraz - o zgrozo! - komputerów naręcznych. "Czy będę mógł korzystać z usług Państwa banku?" - zapytałem z obawą.

Miła melodyjka w słuchawce upewniła mnie, że w sprawie iMaca, palmtopa i unixowej stacji roboczej trwają konsultacje na zapleczu. W końcu sympatyczny pan zapewnił mnie, że mogę korzystać z każdego komputera, który wyposażony jest w przeglądarkę wspierającą protokół SSL z kluczem szyfrującym o długości 128 bitów. "Jakże to" - zapytałem zdezorientowany - "przecież paragraf 14 punkt 1 mówi wyraźnie o komputerze PC, a paragraf 42 mówi o zerwaniu umowy w przypadku, gdy nie stosuję się do postanowień regulaminu. Jak mogę mieć pewność, że jeżeli podłączę się z iMaca, to bank nie zerwie ze mną umowy?" - dociekałem. Usłyszałem w słuchawce westchnienie, chwilę ciszy, a potem znowu melodyjkę i poczułem się tak, jak musi czuć się Janusz Weiss, dzwoniący w bardzo nietypowej sprawie.

Pewnie myślą sobie Państwo, że jestem wyjątkowo namolnym klientem i całe szczęście, że nie zadzwoniłem do Państwa firmy. Słuchając przyjemnej melodyjki płynącej ze słuchawki, też tak zacząłem myśleć, kiedy więc zgłosił się pracownik banku i powiedział, że komputera PC występującego w paragrafie 14 nie należy brać dosłownie, podarowałem sobie pytanie: "Czy tabelę opłat albo inne punkty regulaminu należy również traktować z przymrużeniem oka", a potem podpisałem i odesłałem umowę.

Puenta tej historii jest zupełnie inna niż można by wnosić z dotychczasowej opowieści. Pół godziny później wybrałem się do banku tradycyjnego, aby z nowym rokiem zmienić jeden z punktów umowy. Załatwienie sprawy zajęło godzinę i dwadzieścia minut, z czego pół godziny stałem w jednej kolejce, pół godziny w drugiej (bo pierwsza okazała się niewłaściwa, o czym dowiedziałem się już po dojściu do okienka), pięć minut załatwiałem sprawę, a przez piętnaście przekonywałem syna, że już musi porzucić miłe towarzystwo dzieci innych rodziców stojących w bankowej kolejce.

Gotów byłbym więc ograniczyć korzystanie z usług bankowości internetowej wyłącznie do komputerów PC, zrezygnować z iMaca, palmtopa i stacji unixowej. Mogę też niedrogo konsultować regulaminy nowo powstałych e-banków, byle tylko nie marnować długich godzin w kolejce.