Brzydki wyraz

Nie lubię wsobnego chowu felietonistów, czyli jak jeden facet na łamach gazety polemizuje z drugim, który swoje kawałki zamieszcza kilka stron dalej. Niestety, sytuacja taka musi się od czasu do czasu zdarzać, choć kuriozalne przepychanki panów felietonistów z tygodnika Polityka raczej skłaniają do obojętnego machnięcia ręką niż kibicowania.

Nie lubię wsobnego chowu felietonistów, czyli jak jeden facet na łamach gazety polemizuje z drugim, który swoje kawałki zamieszcza kilka stron dalej. Niestety, sytuacja taka musi się od czasu do czasu zdarzać, choć kuriozalne przepychanki panów felietonistów z tygodnika Polityka raczej skłaniają do obojętnego machnięcia ręką niż kibicowania.

Ostatecznie, co ludzi postronnych obchodzi, czy pan Zanussi wiesza półki oraz czy z tego wynika jego oderwanie od realiów życia? Podobnie sprawa ma się na łamach naszego tygodnika - jeżeli Chabik dokopuje Tatarkiewiczowi lub vice versa (jeszcze mi się nie udało), to tak naprawdę nikogo to nie obchodzi.

Jako czytelnika zaczyna mnie to wszystko interesować dopiero wtedy, gdy pisząc o tzw. oprogramowaniu publicznym nie używa się słowa "Microsoft". Tak jakby było ono brzydkie, plugawe, niegodne pisma komputerowego, poniżające i Bóg wie co jeszcze. Rozumiem, że dla zwolenników Linuxa jest to słowo zakazane. I dlatego nazwa ta pada z rzadka na naszych stronach felietonowych. Bogdan Pilawski w felietonie Kto się boi open source? nie używa żadnej nazwy OS. Mogę się tylko domyślać, że jest zwolennikiem firmy Apple oraz Mac OS X. Jak bowiem wiadomo, firma ta opublikowała kod części systemu Darwin, patrzhttp://www.opensource.apple.com/projects/darwin/ , i to nawet na platformę x86, co z pewnością będzie zaskoczeniem dla zwolenników Linuxa. Ostatecznie po raz pierwszy poważna firma udostępnia części swego produktu komercyjnego za darmo każdemu, kto zechce sobie je ściągnąć.

Sytuacja jest banalnie prosta - być może jako użytkownikowi marginalnego systemu operacyjnego Mac OS jest mi ją łatwiej zrozumieć. Otóż, na skutek wilczego pędu środowiska informatycznego, sprytnej polityki marketingowej oraz wielu czynników, które były poza kontrolą kogokolwiek, mamy klasyczny monopol na biurku. Należy jednak zastanowić się, czy aby publiczność nie lubi takiej sytuacji. To jest dokładnie tak samo jak z dyktaturą. Naszą nieudolną "dyktaturę proletariatu" wciąż ze łzami w oczach wspomina znacząca część Polaków. W Rosji faceta, który spowodował wymordowanie co najmniej 10% społeczeństwa, dalej czci się jako wielkiego przywódcę, a niejaki Buonaparte jakimś dziwnym zrządzeniem losu przekształcił się z krwiożerczego satrapy w miłego starszego pana, który reklamuje koniaki. Ludzie zawsze widzieli, widzą i będą widzieć to, co chcą zobaczyć. Tak więc Linus Torvalds w Mac OS X zobaczył konkurencję i się po niej przejechał we wspomnieniach, co potem boczkiem odwoływał, patrzhttp://www.itworld.com/Comp/2384/LWD010410maccomments/ . No, ale jemu wolno, tym bardziej że dyskusja dotyczyła aspektów technicznych, a nie zwykłej zawiści, że się komuś coś udało. Bo ostatecznie taki jest efekt końcowy - panowie z Redmond opanowali rynek produktem, który wcale nie był najlepszy, ale został umiejętnie rozreklamowany i sprzedawany. I nie ma co drzeć szat z tego powodu, raczej należy podziwiać i uczyć się od nich taktyki oraz strategii. Realia są takie, że *nixy jak na razie, łącznie z Mac OS X, nie są w stanie zagrozić Windows z tego prostego powodu, że dla 99% użytkowników nie ma żadnego znaczenia, czy system jest otwarty czy też nie, a nawet ile kosztuje, tylko chcą, aby działał. I Windows ten postulat spełniają. A jak ktoś uważa, że nie, to niech sobie założy na komputerze dowolny inny system operacyjny i stara się z nim żyć na co dzień. Jak takich odszczepieńców będzie więcej, to Microsoft będzie musiał zrobić lepszy system albo wyleci z rynku. Podobnie jak to się stało z tyloma innymi firmami. Do tego czasu proszę jednak o traktowanie firmy Microsoft z szacunkiem, na jaki zasługuje.


TOP 200