Blogi znad Zatoki

Wojna o Irak toczyła się w powietrzu i na lądzie, ale także w Internecie. Z dwóch stron frontu trafiały do Sieci sprzeczne informacje, komunikaty, opinie, apele. Gorące reakcje przekazywali wojskowi i cywile, mieszkańcy bombardowanych miast i pracownicy misji humanitarnych. Wielu z nich prowadziło osobiste internetowe notatniki, w tej szczególnej formie, jaką stanowią tzw. blogi. Istotną cechą takich tekstów jest możność dopisywania do nich przez czytelników-internautów własnych komentarzy, uzupełnień czy polemik.

Wojna o Irak toczyła się w powietrzu i na lądzie, ale także w Internecie. Z dwóch stron frontu trafiały do Sieci sprzeczne informacje, komunikaty, opinie, apele. Gorące reakcje przekazywali wojskowi i cywile, mieszkańcy bombardowanych miast i pracownicy misji humanitarnych. Wielu z nich prowadziło osobiste internetowe notatniki, w tej szczególnej formie, jaką stanowią tzw. blogi. Istotną cechą takich tekstów jest możność dopisywania do nich przez czytelników-internautów własnych komentarzy, uzupełnień czy polemik.

W blogach znad Zatoki, co oczywiste, dominują przerażenie i gniew, różnie adresowane i motywowane. Dziennikarz niemieckiego tygodnika Der Spiegel przedstawił wybór bardzo charakterystycznych zapisków z pierwszych tygodni operacji pod kryptonimem Wolność dla Iraku.

Zaczął niezwykle dramatycznie od Irakijczyka podpisującego się Salam Pax i piszącego, jeśli mu wierzyć, z oblężonego Bagdadu: "Dokoła widok płonącego miasta. Jedyne, co mi przychodzi na myśl, to dlaczego spotyka je taki los? Płakałem, gdy eksplozja zniszczyła dom, który był mi bliski". I jeszcze: "Liczymy godziny, które dzielą nas od chwili startu bombowców B-52. Za sześć godzin będą tutaj".

Autorami wielu innych byli amerykańscy lekarze wolontariusze lub działacze pacyfistyczni, poruszeni cierpieniami cywilnej ludności, zwłaszcza dzieci. Kiedy jeden z nich zwrócił się do małej Irakijki z pytaniem, czy chciałaby coś powiedzieć Amerykanom, ta odpowiedziała dumnie: "Proszę spytać Mr Busha, czy my, Irakijczycy, wysłaliśmy kogoś, by zabijał wasze dzieci".

Lecz blogi żołnierzy koalicji wnosiły inne tony. Tak np. porucznik Smash z osłoniętego tajemnicą m.p. meldował: "Saddam celował we mnie kilkoma rakietami Scud. Spudłował". Ironia musiała jednak ustąpić miejsca smutkowi, gdy na swojej stronie zamieszczał list do rodziców poległego żołnierza, przyjaciela swego brata.

Bojowy zapał wyrażał się w blogach zapisywanych gdzieś u brzegów Kuwejtu przez komandora Kevina Mickeya. W jednym z pierwszych żalił się, że nie może oglądać skutków amerykańskich ataków rakietowych. Nieco później grzmiał wojowniczo: "Wciąż wzbudzamy za mało strachu. Najwyższy czas, by irackie dywizje zmieniły się w płonące wraki".

Z Kuwejtu pochodził też zapis rozważań i niepokojów kogoś, kto zasługuje na miano, powiedzmy, spokojnego Amerykanina: "Jeszcze nie uporaliśmy się z Saddamem, a już kombinujemy, jakie to nasze firmy mają wybudować sieć telefonii komórkowej".

Prowadzenie prywatnych dzienników internetowych nęciło, jak się okazuje, i tych, którzy relacjonowali przebieg wojennych zdarzeń, obserwując je z jednej bądź drugiej strony frontu. Niezależnie od materiałów oficjalnie wysyłanych do macierzystych redakcji lub agencji zapisywali w blogach osobiste spostrzeżenia i opinie.

Szczere wyznania umieścił w swoim blogu japoński operator telewizyjny Hironobu Kubota, dzielący codzienne niebezpieczeństwa mieszkańców Bagdadu, gdy nad ich głowami krążyły amerykańskie samoloty, a pociski rakietowe zamieniały "wybrane obiekty" w stos ruin.

"Za każdym razem krzyczę ze strachu i natychmiast rzucam się na ziemię, słysząc dźwięk spadającej bomby". A w innym miejscu: "Ledwie pomyślę, że nalot się skończył, a już wszystko zaczyna się od nowa".

Rzecz w tym, że blogi są czytane i komentowane nie tylko przez zwykłych internautów, ale również pracodawców ich autorów. W przypadku dziennikarzy bywa, że poświęcanie czasu na zapisywanie osobistych stron WWW ściąga na nich niezadowolenie przełożonych. Przekonał się o tym reporter stacji CNN Kevin Sites, któremu nakazano "na razie" zawiesić tę prywatną działalność.

"Praca reportera jest zajęciem pełnoetatowym i wolelibyśmy, by p. Kevin skoncentrował się wyłącznie na swoich zadaniach zawodowych" - uzasadniał szef swoją decyzję, zresztą w sposób równie elegancki, co stanowczy. Ten incydent potwierdza prawdę znaną skądinąd, że właściciele wielkich firm medialnych upatrują interesu nie tylko w rzetelnym informowaniu o faktach, ale i utrzymywaniu dobrych stosunków z administracją rządową.

Nie ulega wątpliwości, że dziennikarze niekoniecznie zawsze powtarzali jak za "panią matką" informacje ogłaszane przez centralne czy lokalne dowództwa wojskowe, raczej opierając się na tym, co sami zobaczyli lub usłyszeli od żołnierzy koalicji czy irackich cywilów. A to musiało budzić niezadowolenie na wyższych szczeblach armii czy polityki, jak zwykle zainteresowanych tym, by brzydkie fakty nie podważały zaufania do jedynie słusznych opinii oficjalnych.

Jeśli nawet wszystkie razem wzięte teksty blogów znad Zatoki nie zmieniają naszego wyobrażenia o tej wojnie, ich wartością jest wzbogacenie tego obrazu rysem osobistej wrażliwości. Raz jeszcze Internet pokazał się z najlepszej strony, jako narzędzie międzyludzkiej komunikacji, niczym nieskrępowanej wymiany myśli i uczuć.


TOP 200