Badania

Badać można wszystko. Są jednak badania i badania. Jedne są ciągiem działań wypełniających życie uczonego, inne są pojedynczymi epizodami, składającymi się na rutynowe niemal czynności lekarza, technika czy audytora.

Badać można wszystko. Są jednak badania i badania. Jedne są ciągiem działań wypełniających życie uczonego, inne są pojedynczymi epizodami, składającymi się na rutynowe niemal czynności lekarza, technika czy audytora.

Te pierwsze są przedmiotem zabiegów o środki na ich prowadzenie, a potem zwątpień, rozterek, ale bywa też - olśnień i sukcesów, zaraz za czym chadza jednak zawiść. Te drugie rzadko zapadają w pamięć, bo, z wyjątkiem przypadków naprawdę wyjątkowych, zlewają się w ciąg zdarzeń niewiele od siebie się różniących. A już w bardzo szczególnych przypadkach ciąg badań w tym drugim znaczeniu bywa przedmiotem tych w pierwszym.

Gdzieś pośrodku między tymi, jakże odmiennymi w swej istocie, rodzajami badań, umieściłbym badania opinii i nastrojów społecznych. Z jednej strony starają się one stwarzać wrażenie naukowości stosowanej metodyki (co bywa uzurpacją), a z drugiej zaś stanowią jakąś (czasem nawet coś mówiącą) sumę pojedynczych pomiarów, każdy z których wzięty oddzielnie niewiele znaczy.

Do tych, jakże wzniosłych i uczonych rozważań skłoniła mnie wieść o tym, że, jak to napisano: "badacze z Netherlands Organisation for Scientific Research postanowili zająć się badaniem nastrojów panujących w Internecie, analizując zmiany w 150 tys. zamieszczanych tam pamiętników, czyli blogów". Czytając to nie można uniknąć skojarzenia, że, być może, jest to powielanie czegoś, czym od dawna już zajmują się wszystkie służby specjalne świata, dostarczając potem jego władcom poważnych wniosków, powstałych na podstawie banalnych przesłanek.

Wyniki tych - a jakże - badań mają być prezentowane graficznie, a sami badacze zapowiadają wkrótce poszerzenie zakresu swych dociekań o "powiązanie zmiany nastawienia internautów z konkretną osobą, miejscem albo produktem".

Mogliśmy niedawno przeczytać na tych łamach (w poważnym artykule, a nie jakimś felietonie), o manipulowaniu tzw. licznikami kliknięć na stronach internetowych, za czym podążają wcale niemałe pieniądze. Skoro więc kliknięcia nie są już en vogue, no to czyżbyśmy mieli godnego, i to w glorii naukowości, następcę: wskaźnik nastrojów Internetu?

Tak się ładnie składa, że w tym Tygodniku, regularnie, od lat, felietony pisuje trzech facetów z tzw. głębokiej prowincji (czyli dowolnego miejsca kraju, innego niż Stolica): jeden z Wybrzeża, drugi ze Śląska i trzeci, oscylujący między Poznaniem a Wrocławiem. Jest jeszcze Czwarty, za wielką wodą, który z racji stażu felietonowego, dystansu (w sensie geograficznym), ale i naturalnej zdolności do rozumienia lokalnych niuansów, mógłby się podjąć arbitrażu. Mógłby on więc, angażując do tego na chwilę albo dwie któryś z otaczających go ze wszystkich stron superkomputerów, na podstawie tego, co wypisują pozostali trzej, wyznaczać co tydzień wskaźnik (gdybym potrafił zdobyć się na podejście prawdziwie naukowe, napisałbym: indeks) nastrojów w polskiej informatyce.

Na cotygodniową publikację tejże magicznej liczby i rozwianie rozterek, co dalej robić, z niecierpliwością czekaliby szefowie firm informatycznych wszelakiej wielkości, ich klienci, a także same władze kraju, z Dyrektorem Naczelnym, jak na naczelnego przystało - na czele.

W ten sposób felietoniści (ci najwłaściwsi z właściwych) zyskaliby wreszcie jakiś wpływ na rzeczywistość (czy - w ogóle na cokolwiek), tak kształtując swe teksty, aby w sumie zawsze wychodziło to, co ma wyjść. Wszelkie skojarzenia z Bandą Czworga z Państwa Środka są nie tylko bezzasadne, ale do tego również zwyczajnie nie na miejscu. Bandy w końcu mamy własne, może nie tak liczne, ale nas jest przecież mniej.


TOP 200