BZDET.TXT

Kiedy pisałem felieton Polacy nie gęsi i swój lengłydż mają, przez myśl mi nie przeszło, że ta sprawa może tak nurtować czytelników Computerworlda. Dostałem sporo listów. Dziękuję.

Kiedy pisałem felieton Polacy nie gęsi i swój lengłydż mają, przez myśl mi nie przeszło, że ta sprawa może tak nurtować czytelników Computerworlda. Dostałem sporo listów. Dziękuję.

Jak bardzo ta nasza ojczyzna-polszczyzna staje się lengłydżem, uświadomiłem sobie po przeczytaniu różnych tekstów, np. zapowiedzi telewizyjnych. W jednej znalazłem zdanie - Talk show z dilerem compact disców. Ani jedno słowo nie jest po polsku (przyimek "z" można znaleźć w większości języków neołacińskich). Nie jestem purystą językowym i nie zamierzam proponować polskich odpowiedników dla anglicyzmów. Choć kusi mnie, aby niektóre okropnie brzmiące zapożyczenia zastąpić starymi polskimi słowami. Dlaczego np. "wibratora" nie zastąpić "dymarką", "impotenta" "włóczykijem", a sex shopu - "bzykaliami"? Może jednak nie warto eksperymentować z językiem. Jeśli nie oczyści się sam, to nikt go nie oczyści. Język jest jak rzeka.

Kazimierz Krzysztofek k.krzysztofek@chello.pl

Kazimierz Krzysztofek k.krzysztofek@chello.pl

Teraz już znamy lepiej kod komputerowej nowomowy, ale w przeszłości różnie z tym bywało; często śmiesznie. Nieraz komplikowało to życie, tak jak to się przytrafiło przed laty operatorowi bazy danych w pewnej nowo skomputeryzowanej firmie, który skasował plik BZDET.TXT. Oczywiście, nie był to żaden bzdet, a skrót od Bilansu Zamówień DETalicznych.

Lingwiści nazywają zmianę znaczenia słów deleksykalizacją. Często chodzi już nie tylko o słowa, ale o całe wyrażenia, którym nadaje się inne konotacje, bo nie zna się pierwotnego. To już pachnie zanikiem kompetencji kulturowych, gdy licealista kojarzy np. piątą kolumnę z systemem akustycznym Dolby, a "Człowiek z żelaza" będzie mu się jawić jako po prostu robot. Co wtedy z przekazem kanonu kultury?

Z ciekawości zapytałem pewnego młodego człowieka, jak odczytuje skrót SOS. Odpowiedział pytaniem na pytanie: czy to nie jest jakaś nowa odmiana SMS-a. Zadumałem się nad tym: może rzeczywiście Save Our Souls już nie jest aktualne. Bo teraz w wieku indywidualizacji powinno się używać S(ave) M(y) S(oul). Najlepiej na Ircu. SMS ma przewagę nad SOS-em, bo można go wysyłać przez zwykłe komórki. Wcale nie muszą być szare.

Zabawnie brzmią niektóre wyrażenia epoki komunikacyjnej w zamyśle politycznie poprawne. Na przykład o kimś, kto nie ma na czacie za wiele do powiedzenia, mówi się, że mądry, ale nie interaktywnie. Zamiast nieeleganckiego określenia "leń", można powiedzieć "człowiek bez aktywacji" (męża/żonę - niepotrzebne skreślić - trzeba koniecznie nabywać z aktywacją).

Podsuwam też poprawny excuse, gdy się zapomniało odpowiedzieć na e-mail korespondentowi płci nadobnej - W liście do Pani nie miałem śmiałości używać małpy. A jeśli się już wyśle e-mail, ten zaś nie dotrze do adresatki, to czy wypada zwrócić uwagę - Może ma Pani zapchany serwer?. To byłoby już na granicy molestowania albo by ją przekroczyło. Podobne ryzyko niosą ze sobą niektóre cudownie literackie wyrażenia komputerowe, np. "kursor dobrze emuluje, kiedy trafi na miękką spację".

A propos małpy. Obok myszki to stworzenie zrobiło największą karierę w epoce Sieci. Przynajmniej w Polsce. Pod jej wpływem zauważam u siebie nieznany mi wcześniej impuls: kiedy widzę małpkę w zoo, odruchowo mam ochotę wysłać jej e-maila.

Problem niezrozumienia nowego kodu bije rykoszetem także w starsze pokolenia. Sam się kiedyś na tym łapałem, że MM na szybie wystawowej to zapewne oferta sprzedaży artykułów na kredyt dla młodych małżeństw, a nie multimedia. Najstarsi czytelnicy pamiętają być może takie słowa, jak Komintern (Międzynarodówka Komunistyczna) i Kominform (Biuro Informacyjne Międzynarodówki). Niby jak może to sobie skontekstualizować Komputerkind, dla którego info czy com to słowa o zupełnie innej konotacji? Komintern to po prostu komunikacja internetowa. Nie ma już komunizmu i nie wiadomo, co te słowa znaczą. A nie ma go dlatego że w nie przekształcił się w porę w dotkomunizm. Może jeszcze Chińczykom się to uda. Komintern brzmiałby nawet lepiej niż szyld imperium Billa Gatesa. Nieraz się zastanawiałem, dlaczego Bill masochistycznie upatrzył sobie nazwę Microsoft. O wiele lepiej brzmi macrohard, a jeśli już nie macro to niechby microhard. W Sieci doskonale można się rozbawić.

Psycholog Richard Weiseman (http://www.laugh-lab.co.uk ) ogłasza regularnie konkursy na najśmieszniejszy dowcip roku. Jury superobiektywne: będzie nim aparatura mierząca biochemiczne oznaki rozbawienia. W związku z tym oddaję za darmo pomysł na komedię: cyfrową "Alternatywy 4" z cieciem sieciowym w roli głównej. Byłby to znakomity epos o społeczeństwie cieciowym.