Atut bliskości

Kiedy poczytać niezależne prognozy na temat tego, co stanie się w Polsce za parę lat, to wizja jest dość klarowna. Nastąpi dalsze rozwarstwienie mentalne i dochodowe polskiego społeczeństwa: na tych, którzy złapali w żagle wiatr globalizacji, oraz na tych, których globalizacja wyrzuciła na aut i pozostaną sam na sam z własnymi kłopotami i frustracją.

Kiedy poczytać niezależne prognozy na temat tego, co stanie się w Polsce za parę lat, to wizja jest dość klarowna. Nastąpi dalsze rozwarstwienie mentalne i dochodowe polskiego społeczeństwa: na tych, którzy złapali w żagle wiatr globalizacji, oraz na tych, których globalizacja wyrzuciła na aut i pozostaną sam na sam z własnymi kłopotami i frustracją.

Pewnie większość informatyków w Polsce myśli, że będzie należeć do tej pierwszej kategorii. Otóż, moim zdaniem, nie ma żadnej pewności, że nie staną się oni przegranymi procesów globalizacyjnych. Jesteśmy co prawda nieźle wykształceni, korzystamy z Internetu, w miarę swobodnie posługujemy się przynajmniej językiem angielskim, ale na razie chyba startujemy nie w tej konkurencji, w której mamy największe szansena wygraną.

Polskie uczelnie kształcą informatyków w kierunkach, takich jak inżynieria oprogramowania, systemy mikroprocesorowe, metody numeryczne, budowa komputerów czy administracja sieciami. Rzecz w tym, że w żadnym z tych zawodów nie będziemy konkurencyjni. Weźmy np. projektowanie systemów mikroprocesorowych i mikrokomputerowych, na którym to kierunku o mały włos wylądowałbym podczas studiów. Wiedza tam zdobyta istotna byłaby w dwóch miejscach: w USA, gdzie układy się projektuje, i w krajach masowej produkcji (Chiny, Korea, Tajwan, Malezja), gdzie je się wytwarza. O ile ten przykład jest oczywisty, o tyle pewnie więcej kontrowersji wzbudzi inżynieria oprogramowania. W tej chwili jeszcze w Polsce funkcjonują przedsiębiorstwa stricte software'owe, ale niedługo mogą zostać wyparte przez firmy z Indii, Chin czy Rosji, gdzie praca informatyka jest po prostu tańsza, a kompetencje tamtejszych specjalistów i ich znajomość angielskiego nie różnią się od naszej (a jeśli tak, to in plus). Konkurencja międzynarodowa zaczyna powoli wkraczać nawet do zawodu administratora, gdyż przepustowość sieci i możliwości narzędzi administracyjnych sprawiają, że bez kłopotu można zarządzać serwerami i sieciami znajdującymi się tysiące kilometrów od miejsca fizycznego umiejscowienia.

Nie znaleźliśmy się jeszcze na aucie globalizacji, ale - proszę mi wierzyć - status informatyka nie chroni nas przed tym w jakiś cudowny sposób.

Nasza przewaga, której nigdy specjaliści z innych rejonów świata nam nie odbiorą, to bliskość klienta. Można za granicą zaprojektować komputer i go wyprodukować, da się również wykonać tam oprogramowanie, można także zarządzać stamtąd sieciami i serwerami. Jednak nijak nie da się z oddali wykonać czynności związanych z negocjowaniem kontraktu, zebraniem wymagań klientów, analizą biznesową, integracją, zapewnieniem jakości rozwiązania, wdrożeniem go i przeszkoleniem użytkowników. To czynności na tyle bliskie przedsiębiorstwu, że po prostu nie mogą być wykonane przez Chińczyka czy Rosjanina wynajętego na godziny.

Dlatego polskie uczelnie, zamiast kształcić specjalistów od obliczeń, języków programowania i protokołów sieciowych, powinny uczyć handlowców high-tech, analityków, kierowników przedsięwzięć oraz specjalistów od integracji i jakości produktów informatycznych. To trochę inny zestaw kompetencji niż te, na które dziś stawiają nasze szkoły: mniej wiedzy technicznej, więcej umiejętności komunikacyjnych i zarządzania. Czy rozumieją to autorzy programów edukacyjnych? Czy wiedzą o tym sami kandydaci do profesji informatyka?

Na razie nie widzę tego i - prawdę mówiąc - jestem dość zaniepokojony. Pozostaje mieć nadzieję, że to, czego nie zrobią szkoły, zrobią rynek i nasza najlepsza chyba cecha narodowa - umiejętność twórczej improwizacji w każdych warunkach.


TOP 200