Ale się porobiło

"Czuję się tak, jakbyśmy jechali rozpędzonym pociągiem i ten nagle i nieoczekiwanie, nie wiadomo z jakiego powodu, zatrzymał się w szczerym polu" - to były pierwsze słowa komentarza, który usłyszałem o godzinie najpóźniej 0.01 1 stycznia 2000 r. Wypowiedziała je osoba - nawet jak na tę godzinę i dzień - będąca jeszcze w całkiem dobrym stanie. Nikt z towarzystwa wybitego z rytmu oczekiwań nie dokończył tej myśli, jakby nie chcąc wspominać czarnych przepowiedni, czyli celu, do którego zmierzał przywołany popularny ostatnio w metaforach pociąg.

"Czuję się tak, jakbyśmy jechali rozpędzonym pociągiem i ten nagle i nieoczekiwanie, nie wiadomo z jakiego powodu, zatrzymał się w szczerym polu" - to były pierwsze słowa komentarza, który usłyszałem o godzinie najpóźniej 0.01 1 stycznia 2000 r. Wypowiedziała je osoba - nawet jak na tę godzinę i dzień - będąca jeszcze w całkiem dobrym stanie. Nikt z towarzystwa wybitego z rytmu oczekiwań nie dokończył tej myśli, jakby nie chcąc wspominać czarnych przepowiedni, czyli celu, do którego zmierzał przywołany popularny ostatnio w metaforach pociąg.

Rano obudziłem się z wielkim kacem, nie tylko z tego powodu, że długo musiałem się zastanawiać, dlaczego dane mi było się obudzić w tak dziwnym i sympatycznym otoczeniu, nie dlatego również, że panice uległem, udając się przed końcem minionego roku do sklepu zapasy czynić i kupując - nawet wtedy nie wiedzieć dlaczego - litr mleka i puszkę tuńczyka, bo co to za kac po litrze mleka i puszce tuńczyka, gdy inni pokupowali bardziej wartościowe rzeczy i jeszcze musieli się przy nich nieźle napracować. A to wszystko kosztowało rzekomo miliardy dolarów i gdyby rzeczywiście te pieniądze miały się okazać w błoto wyrzucone, to kac byłby to nad kace. Aż taki to on nie jest, ale czytając informatyków cytowanych z całego świata i rodzimych informatyków słuchając, coś musi być na rzeczy, choć nie do podważenia jest argument jednego z nich, który nie był w stanie w parę godzin po godzinie zero powiedzieć, czy włożona praca rzeczywiście zapobiegła awariom, i dodał, że gdyby jednak awarie wystąpiły, to ewentualne straty i tak byłyby o wiele większe niż nawet zawyżone nakłady. Nie da się przy tym ukryć, że problem był (i dobrze się stało, że w wielu miejscach stawiono mu czoło), tylko czy właściwie rozpoznany. Czy z nie za dużym rozmachem dmuchano na zimne.

Dzwonię do naszego felietonisty Jana Orlika i pytam, czy może jakiś humorystyczny tekścik w związku z tą powagą sytuacji nadeśle. "Panie Wojtku - mówi do mnie, jak nigdy poważny - to może być pierwsza taka sytuacja, w której brak negatywnych skutków może być najbardziej negatywny. Zastanawiam się, czy mój szef lada moment nie zapuka do mych drzwi i nie zaproponuje rozstania, bo tyle pieniędzy wydane, a tu zupełne nic". Choć widać humor mu się poprawił, pocieszam go jednak, że na udowodnienie tej tezy szanse są marne, ale razem się zastanawiamy, jak było możliwe, żeby praktycznie nic się nie wydarzyło, bo to, co się wydarzyło, na zasadzie "na bezrybiu i rak ryba" zostało wyciągnięte. Nie jest przecież możliwe, aby wszystko i wszędzie przygotowano. Może się jeszcze coś dziać, to prawda, szczególnie w systemach finansowych, ewidencyjnych, zaopatrzeniowych, gdzie data istotną rolę odgrywa, ale trochę to wygląda na pocieszanie publiczności: nie bądźcie tacy zawiedzeni, jeszcze wszystko może się wydarzyć i pocieszanie siebie przy okazji też. Zastanawiamy się wspólnie - nie wiem czy nie po czasie - jak było możliwe, aby w tak logicznej dziedzinie, jaką jest informatyka, nie można było wywieść logicznie udokumentowanych ewentualnych konsekwencji. I to jest, być może, ta przyczyna tego zaskakującego kaca, że okazuje się, iż informatyka nie tylko dla użytkowników okazuje się magiczną dziedziną, ale także dla jej twórców. "Gdzie jest ta luka w wiedzy?" - pyta Pan Jan i ja o to samo pytam. A przecież najtęższe informatyczne umysły biły na alarm.

I choć dziś dla szerokiej publiczności hasło "milenijna pluskwa" już nie istnieje, dziś trwają inne zawody, zawody w poszukiwaniu "pierwszego milenijnego dziecka", a za dziewięć miesięcy z pewnością czynić się będzie ustalenia na temat pierwszego poczętego w nowym milenium dziecka, to ja, powtarzając za jednym z bohaterów książki Moje stulecie Guntera Grassa, powtórzę (powtórzę, kryjąc się za słowami z wielkiej literatury): kurde mol, może warto dla zwykłej informatycznej ciekawości ustalić co się tak naprawdę stało. Kurde flak, może poprawi się nam samopoczucie. Kurde frans, może warto, aby nie była to - jak to nazwał Pan Jan - "milenijna plama". Kurde balans, przecież niemożliwe, aby nic w tym wszystkim nie było.