Aktywni inaczej

Jestem ostatnio częstym gościem na różnego rodzaju listach dyskusyjnych. Czytając rozmaite ''posty'', napotykam wśród nich takie, które są naszpikowane błędami ortograficznymi. Zdarza się wówczas, że kogoś z czytających ponoszą nerwy na niesfornych uczestników tej publicznej dyskusji, co znajduje oddźwięk w udzielanych w tym samym miejscu reprymendach.

Jestem ostatnio częstym gościem na różnego rodzaju listach dyskusyjnych. Czytając rozmaite ''posty'', napotykam wśród nich takie, które są naszpikowane błędami ortograficznymi. Zdarza się wówczas, że kogoś z czytających ponoszą nerwy na niesfornych uczestników tej publicznej dyskusji, co znajduje oddźwięk w udzielanych w tym samym miejscu reprymendach.

Już sam nie wiem, czy wytykanie komuś błędów ortograficznych jest taktowne, czy też nie. Zdania wśród ludzi wymieniających publicznie poglądy na ten temat są także podzielone. Podobno najważniejsza jest informacja, a nie styl, w jakim zostaje przekazana. Jako człowiek "starej daty" jestem przeciwnikiem bylejakości uprawianej w przeróżnych formach. Myślę, że u podłoża całego zamieszania dotyczącego niepoprawności formy językowej tkwi zderzenie dwóch światów: ludzi z pewnymi w tym względzie zasadami oraz całkowitych luzaków. Jest to pewien syndrom naszych czasów, a rozpowszechnianie się tych zjawisk zostało spotęgowane przez Internet. Tłumaczenie błędów językowych dysleksją jest według mnie nadużyciem, bo nie chce mi się wierzyć, aby aż tak duża część populacji była dotknięta tą specyficzną anomalią. Zapewne w dużej mierze stan ten jest pochodną panującego obecnie systemu nauczania, gdzie wdrożony model bezstresowej szkoły bezskutecznie przeciwstawia się oporowi ludzkiej materii. W nieco odleglejszych czasach trzy błędy ortograficzne na egzaminie maturalnym dyskwalifikowały pracę z języka polskiego.

Gdy piszę cokolwiek, także używając poczty internetowej, czytam napisany tekst, bo nie chcę, aby nawet przypadkowo znalazły się w nim jakieś błędy wynikające chociażby z pomyłek klawiszowych. Czynię to także pisząc po angielsku, aczkolwiek mógłbym tu iść na żywioł, gdyż adresaci wiedzą, że nie jest to mój język ojczysty i z błędów byłbym rozgrzeszony. Niemniej powtórna kontrola własnej twórczości prawie zawsze skutkuje wyłapaniem różnych uchybień.

Nie wiem wobec tego co myśleć o ofercie na oprogramowanie, jaką ostatnio otrzymałem drogą elektroniczną. Już od pierwszego wejrzenia urzekło mnie użyte w tytule sformułowanie "spesyfikacja oprogramowania". Pomyśleć by można, że to zwykły błąd klawiszowy. Otóż myślę, że nie. Z oferentami tymi miałem okoliczność przy pokazie ich produktu i trudno było wówczas nie zauważyć, że z beztroską i konsekwentnie używają słowa "specyfikacja" dla określenia specyfiki. A więc jednak jest coś na rzeczy. Być może w ich wyobrażeniu, wobec nieznajomości semantyki słów, specyfikacja jest równoważna specyfice, natomiast "spesyfikacja" specyfikacji. W tej niedługiej, bo składającej się z kilku dosłownie zdań ofercie znalazłem bez trudu jeszcze jedną perełkę ortograficzną: "w możliwie najnowżej wersji". Wspomnieć na zakończenie wypada, że użycie polskich ogonków w krytykowanym dokumencie było całkowicie stochastyczne, zamiast konsekwentnie stosować je wszędzie lub nie stosować wcale. Sprawiało to wrażenie jeszcze większego niedbalstwa.

Obawiam się, że skoro autorzy oprogramowania mają problem z przyswojeniem sobie oczywistych norm językowych, to podobny bałagan może panować w wykonanym przez nich programie, co jest już zdecydowanie bardziej ryzykowne dla klientów. Teraz jednak nastały takie czasy, że nie liczy się ogłada, lecz aktywność, często niepoparta nawet odrobiną samokrytycyzmu.