Abolicja II

Mechanizm stanowienia prawa nigdy nie był dla mnie tajemnicą. Wszystko dzieje się na zdrowy chłopski rozum. Prawodawcy, czyli posłowie na sejm, słuchają głosu ludu, który ich wybrał.

Mechanizm stanowienia prawa nigdy nie był dla mnie tajemnicą. Wszystko dzieje się na zdrowy chłopski rozum. Prawodawcy, czyli posłowie na sejm, słuchają głosu ludu, który ich wybrał.

Jeden z nich, zwykle młody i naiwny, w czasie spotkania w swoim okręgu wyborczym dowiaduje się, że prości ludzie mają problem. Na przykład nie stać ich na zakup oprogramowania, które pazerni producenci sprzedają po cenach światowych, a nawet wyższych (z VAT-em). Poseł, wsłuchany w wolę konstytuanty, natychmiast każe swoim asystentom, zresztą bynajmniej nie społecznym, tylko jak najbardziej płatnym, temat zbadać. Już po tygodniu wiadomo, iż rzeczywiście lud nie może kupić oprogramowania, bo typowa cena pakietu przekracza medianę zarobków. Poseł natychmiast rozmawia ze swymi kolegami z ław sejmowych, zaprasza prawników do współpracy i już na następnej sesji parlamentu zgłasza do komisji projekt zmiany prawa autorskiego.

Dalsza droga projektu jest także dobrze znana: odbywają się spotkania z zainteresowanymi, czyli producentami oprogramowania, którzy przedstawiają swoje racje. Jęcząc jak im ciężko i wskazując na przychody Skarbu Państwa, wynikające z podatków oraz miejsc pracy, dowodzą, że istniejące prawo jest zgodne z dyrektywami UE. Lobbyści dwoją się i troją, restauracje w okolicach sejmu przyjmują zamówienia na stolik z tygodniowym wyprzedzeniem, zaś dealerzy samochodowi trzymają pod ręką wypasione limuzyny, którymi tak bardzo lubią jeździć posłowie. Wreszcie projekt, po roku przepychanek w komisji kultury, choć w niczym nie przypomina początkowej propozycji, jest do przyjęcia dla wszystkich zainteresowanych - oczywiście poza ludem, bo tego nikt już o zdanie nie pyta. Chyba, że lud jest górnikami i przychodzi pod Sejm ze styliskami łopat. Wtedy wszystkie czytania oraz głosowanie odbywają się w tempie ekspresowym. Kiedy już Senat upora się z drobnymi zmianami, prawie wcale niezauważalnymi (jak na przykład zwiększenie o sto procent wypłat dla twórców gier komputerowych), po kolejnych kilku głosowaniach prawo staje się obowiązujące, to znaczy nikt go w Polsce nie przestrzega.

W kontekście powyższego, nieco tylko przejaskrawionego opisu naszych realiów, propozycja Ministerstwa Kultury aby wprowadzić de facto ponowną abolicję wobec złodziei oprogramowania, nie jawi się jako zaskakująca, por.http://www.gazetaprawna.pl/dzialy/29.html?numer=1658&dok=1658.29.3.2.17.1.0.1.htm . Dziwi mnie tylko, że choć upłynęły już ponad dwa miesiące od jej ujawnienia, to w sprawie zapadła jakaś głucha cisza. W fachowych blogachhttp://prawo.vagla.pl/node/6037 wykazano, że prawo jest złe, choć jest dobre. W szczególności podoba mi się stwierdzenie: "nawet w prawie karnym nie można mówić o przestępstwie, jeśli sprawcy nie da się przypisać winy; a i wina w prawie karnym i w prawie cywilnym nie jest tożsama". Żyję już ponad pół wieku i choć wiem, że prawnicy potrafią wszystko wykręcić, nawet przysłowiowego kota ogonem do góry, ale tym razem nic z tego nie rozumiem. Ostatecznie cała zabawa obraca się wobec prostego problemu: albo prawo autorskie będzie rzeczywiście prawem właścicieli, albo ludu. Już poprzednia abolicja w tej samej sprawie, notabene forsowana przez panią premier, która z zawodu była prawnikiem, okazała się farsą.

Teraz Ministerstwo Kultury proponuje genialny w swej prostocie pomysł opłat karnych w wysokości ceny ukradzionego programu.

Krótko mówiąc, jak cię złapią na używaniu pirata, to dopiero wtedy zapłacisz. Wcześniej nie warto. Cisza medialna w sprawie pomysłu wróży mu jak najlepiej - nikomu przecież nie zależy na rozgłosie, nawet ewidentnie pokrzywdzonym producentom, bo oni już dawno mają inny model prowadzenia działalności, to znaczy nie żyją z rynku konsumenckiego.

Za jakieś dwadzieścia lat nie będziemy mieli prawa narzekać, że Polska nie ma przemysłu produkcji oprogramowania. Sami do tego doprowadziliśmy.


TOP 200